TRZY REZUREKCJE! - pogadanka o. Justyna z 9.04.1939 r.

Świat cały obchodzi dziś uroczystą rocznicę Zmartwychwstania Pańskiego! I obchodzi to święto z weselem i radością, nucąc tę stosowną pieśń: "Wesoły nam dziś dzień nastał, którego z nas każdy żądał, tego dnia Chrystus Zmartwychwstał!" — Mówię do was, słowami Apostoła narodów: "Bo najpierw podałem wam, com też otrzymał: Że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pisma, i że pogrzebany został, i powstał też z martwych trzeciego dnia; i że widziany był przez Kefasa, a potem przez jedenastu. Potem widziany był przez Jakuba, a potem przez wszystkich Apostołów. Potem widziany był przez więcej niż pięciuset braci razem, z których wielu żyje aż dotąd, a niektórzy zasnęli. Ale czy ja, czy oni, wszyscy tak przepowiadamy i wy takeście uwierzyli. Jeśli wiec przepowiadają, że Chrystus zmartwychwstał, jakże niektórzy spomiędzy was mogą mówić, że nie ma zmartwychwstania? Bo jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie powstał z martwych. A jeśli Chrystus nie powstał z martwych, to próżne jest przepowiadanie nasze, próżna jest i wiara nasza!" Zaraz rozpoczynam mowę:

TRZY REZUREKCJE!

Już mijają blisko dwa tysiące lat od tej pierwszej rezurekcji! Posłuchajcie prostego i rzewliwego opisu tego historycznego zdarzenia: "A pierwszego dnia szabatu Maria Magdalena przyszła rano, gdy jeszcze były ciemności, do grobu Chrystusa Pana i ujrzała kamień, odwalony od grobu. Maria stała u grobu zewnątrz, płacząc. Gdy tedy płakała, nachyliła się i wejrzała w grób. I ujrzała dwu aniołów, w bieli siedzących, jednego u głowy, a drugiego u nóg, kędy położone było ciało Jezusowe. Rzekli jej oni: "Niewiasto, czemu płaczesz? Rzekła im: "Wzięto Pana mego, a nie wiem kędy Go położono.'' A to rzekłszy, obróciła się nazad i ujrzała Jezusa stojącego, a nie wiedziała, iż Jezus był! Rzekł jej Jezus: "Niewiasto! Czemu płaczesz? kogo szukasz?" Ona mniemając, że był ogrodnik, rzekła Mu: "Panie! Jeśliś Go ty wziął, powiedz mi, gdzieś Go położył, a ja Go wezmę!" Rzekł jej Jezus: "Mario!" Obróciwszy się, ona rzekła Mu: "Rabboni!" Rzekł jej Jezus: "Nie tykaj się mnie, bom jeszcze nie wstąpił do Ojca mego — ale idź do braci moich, a powiedz im: wstępuję do Ojca mojego i Ojca waszego, Boga mojego i Boga waszego!"

Prosty i przekonywujący opis pierwszego i rzeczywistego zmartwychwstania! — Teraz do czasów naszych, bo do roku 1930!
Rezurekcja w stolicy związków sowieckich! Cerkiew nabita po brzegi. Robotnicy, ich żony i dzieci, biedacy i żebracy, a jednak twarze pełne radości i rozrzewnienia usta szepcą modlitwy. Lud zapomniał o biedzie i nędzy, o prześladowaniu i katuszach, bo przecież dziś święto nad świętami, to Wielka Noc przypominająca Rezurekcję Chrystusową! Lud, prawie wyrwał przemocą z ust kapłana, zaintonowaną przez niego pieśń: "Chrystus powstał z martwych" i ciągnął dalej, "śmiercią zwyciężył śmierć, i ludziom dobrej woli, żywot wieczny w niebie dał!" Rządowi żołnierze, zamiast strzelać w tłum pobożnych, opuścili strzelby, zdjęli czapki i zaczęli mówić jeden do drugiego z jakiemś dziwnem rozczuleniem, — Chrystus Zmartwychwstał, bracie! — Zaiste Zmartwychwstał — brzmiała adpowiedź. Podawali sobie ręce i całowali się, tak jak ich nauczyła w dzieciństwie matka! I to, też prosty i zrozumiały spis tej drugiej rezurekcji na ulicach zroszonych krwią wierzących!

Teraz do trzeciej rezurekcji, która nosi tytuł "Ostatniej Rezurekcji!" Rzewliwa jest i serdeczna. "Wioska okryła się ciemnością, gdy Szymon Socha, stękając z cicha, zwlókł się z twardego łoża i wyszedł przed chałupę. Boso, w koszuli, z kożuchem narzuconym na wąskie ramiona, wdychał chciwie chłodne powietrze; dławiła go wielka gorączka, a i rana w boku, otrzymana w czasie inwazji bolszewickiej, doskwierała bardziej niż zwykle. — Piecze, jakby kto żywego ognia nakładł — szeptał, przyciskając rękę do prawego boku. — Człowiek przy wojsku nie służył — medytował dalej — a oberwał lepiej niż niejeden, co w okopach leżał. Bolesny uśmiech wykrzywił jego bezzębne usta, bo wyobraził sobie, iż on, blisko siedemdziesięcioletni starzec z karabinem w garści idzie na nieprzyjaciela. Tęgi byłby ze mnie sołdat — mruknął zanosząc się kaszlem. — A to choróbsko paskudne — zaklął — przyplątało się do człowieka i trzyma kiejby kleszcze. Na Gromniczną człowiek krzynę ostrego wiatru chwycił i od tego czasu przyjść do siebie nie może! Wyleguje się ino ciągiem w łóżku, nie jak jaki farmazon z miasta. Dobrze, że Magda go odwiedza i przynosi strawę, inaczej, ot co tu wiele gadać, zdechłby nieprzymierzając, jak pies bezpański. Co prawda, toć ona jego synowa, ale wszakci ma swego chłopa i dzieciaki, których musi doglądać, więc i tak łaskę mu robi, że do niego zachodzi. Mógłby ci i Antek, boć to syn rodzony, zaglądnąć do starego, ale ten ma gospodarstwo na głowie, całe czterdzieści mórg. Chce też zostać wójtem na przyszły rok, jakże więc mu przyjść, kiedy czasu nie ma! I chociaż markotno mu było, że syn o niego się nie troszczy, jednak najmniejszego żalu nie czuł do swego Antka. — Chłop, jak każden chłop, ambitny jest i gdzie ma starym ojcem zaprzątać sobie głowę!

 — Chłodny powiew wiatru załopotał drobnymi listkami przydrożnej wierzby. Socha skurczył się, zakaszlał, naciągnął na piersi kożuszek i spojrzał na niebo. Liliowy blask zaczął rozpraszać cienie nocne, zwiastując rychły świt. — Dzionek się zbliża. Patrzeć rychło jak Magda przyjdzie — przeżegnał się. — Ojcze nasz, który jesteś ... — przerwał modlitwę i zaczął się nad czymś głęboko zastanawiać. Przypomina mi się, jak Magda mówiła wczoraj, że dzisiaj Wielkanoc! Ani chybi, wszyscy idą do kościoła, trzeba i mnie iść! — Rozejrzał się dokoła. Niebo na wschodzie z liliowego przybrało odcień perłowy, lekko różowy ku górze. Szara mgła, unosząca sig nad łąkami, dotychczas dosyć przejrzysta, — gęstniała, zmieniając się w biało mleczny tuman który przysłonił pobliski las, tak że widać jeszcze było tylko czubki drzew. Nagle na horyzoncie, ukazała się ognista tarcza wschodzącego słońca; kaskada purpurowych promieni zalała okolicę. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rozwiały się opary mgły i nikły, unosząc się ku górze! Przed oczyma Sochy zabłysnął w całym swym majestacie cały bór. Różowy od promieni słonecznych, które ślizgały się po wierzchołkach drzew, i drgały we wielkich kroplach rosy, całą gamą barw tęczowych, wilgotny od rannej mgły, jak by się przed chwilą wyłonił z odmętu wód, nęcił tajemnicą mrocznego wnętrza. Chałupa Szymona jak i on, samotna stała nieco opodal; do najbliższych wiejskich zabudowań było dobre ćwierć kilometra; starcze oczy Szymona nie dostrzegły ruchu, jaki tam panował. Z niskich, świeżo obielonych wapnem chałup, wychodzili odświętnie ubrani ludzie i szli do kościoła na Rezurekcję! Socha westchnął i poszedł do chałupy. — Trzeba się przyodziać i pójść do kościoła — postanowił! Oddychając ciężko i odpoczywając co chwila, ubrał się w szare spodnie i takąż kapotę, wciągnął długie buty, głowę nakrył barankową czapką. Przez kilka minut zastanawiał się, czy ma wdziać kożuch, czy też nie, ale że gorączka mu dokuczała i pragnienie wysuszyło wargi i język, machnął ręką i wyszedł bez kożucha! — Lżej będzie człowiekowi i nie tak gorąco, — mruknął pod nosem! Ruszył zwolna naprzód, noga za nogą, wąską dróżką przez pola, omijając wieś i kierując się w stronę kościoła. Szedł z wielkim trudem i wreszcie usiadł na miedzy! — Odpocznę krzynę — wyszeptał. Do kościoła było już niedaleko, ale Socha tak czuł się osłabiony, że nie chciało mu się ruszyć z miejsca. — Stary już jestem; nie dojdę! — Narzekał. Nagle do uszu jego doszedł potężny głos spiżowy dzwonów kościelnych, zwiastujących Zmartwychwstanie Chrystusa Pana, a wieść ta radosna płynęła hen, od jednego do drugiego krańca Rzeczypospolitej. Od srebrzystych szczytów Karpat, od dzikich turni Tatr, nad bursztynowy brzeg, oblany siną wodą Bałtyku; od Dźwiny po Odrę wiatr niesie radosną nowinę: Odkupiciel nasz z grobu powstał Wesel się ludu! Słońce wiosenne złoci młodą ruć na błoniach i pieści promiennym pocałunkiem nabrzmiałe sokiem gałązki krzewów i drzew! Radość ogromna wstępuje w serca ludzkie. — Zmartwychwstał! — W drewnianym kościółku korzą się liczne ludu rzesze, przed swym Zbawicielem; nad pochylonymi głowami unosi się wonna mgła kadzideł i płynie hen pod strop niebieski do stóp Pana dziękczynna pieśń-modlitwa: — Alleluja! — Alleluja! Chrystus z grobu wstał — głosi pieśń zwycięstwa dobra nad złem, światła nad mrokiem. Nad głową Sochy szary skowronek wzbił się w przestworza i nuci swój hymn radosny. — Toć i to ptaszę chwali Pana — szepce starowina — trzeba i mnie iść do kościoła — usiłuje podnieść się z wilgotnej ziemi, ale siły mu nie dopisują, więc opada z powrotem na miedzę. — Nie mogę, Jezusienku, za stary jestem, sił mi brak — zawodzi. I zdało mu się nagle, że ujrzał wielką światłość, która zbliża się ku niemu. Patrzy i patrzy i oczom nie wierzy. Toć to sam Jezus miłościwy idzie do niego przez zieleniejące pola. — O Jezusienku najsłodszy; — łkanie rozrywa mu schorzałą pierś — adyć robak mizerny jestem i na łaskę Twoją nie zasłużyłem — zakrył rękoma oczy i szlocha z wielkiej radości.
Miękka dłoń spoczęła na jego głowie i usłyszał pieszczotliwy głos: — Szymonie! Odjął od oczu ręce i widzi — Zbawiciel koło niego stoi i uśmiecha się łagodnie. — Nie mogłeś przyjść do mnie, to ja do ciebie przyszedłem — toć ja chłop prosty jestem — szlocha Socha — z kobietą jak żyła, kłóciłem się i często ją sprałem, wódkę za młodu piłem, grzesznik jestem wielki ... a dzisiaj . . . Jezusienku miłościwy, niegodzien jestem Cię oglądać. . . . Droższy mi jesteś niż inni! — Jezu miłosierny — Oddala się zwolna Zbawiciel, a za nim postępuje Socha. Idzie gdzieś w światło, hen ku gwiazdom! Powracający z kościoła wieśniacy, natknęli się na martwe ciało Szymona. Na bladej jego twarzy igrał uśmiech szczęścia!— No, czy nie jest to rzewliwy opis trzeciej i ostatniej rezurekcji? Kończę stosownym wierszem pisarza Antoniego Pietkiewicza:

"Alleluja! Zmartwychwstał Odkupiciel świata,
Co na miłości zakon swój utwierdził Boży,
Co kazał w każdym bliźnim znać i kochać brata,
Nieść z nim brzemię, sprowadzać z błędnych go bezdroży,
Nakarmić gdy łaknący, przyodziać gdy nagi;
Dodać w smutku pociechy, w zwątpieniu odwagi.
O niechże On i w duszy naszej zmartwychwstanie!
Niechaj w dzień ten wesoły, co nam nastał ninie,
Umocni w nas zakonu swego panowanie.
Byśmy żyli jak bracia w poczciwej rodzinie,
Gdzie z jednym wszyscy smutni, lub wszyscy weseli,
I gdzie każdy rad z drugim chleb i serce dzieli.
Byśmy jako ci, których Bóg dostatkiem darzy,
Dziś gości na wspaniałe spraszając "Święcone."
Pomnąc przytem o głodzie wdów, sierót, nędzarzy,
I hojnie opatrują szpital i ochronę;
Tak zawsze bodaj zbytków swych nieśli okruchy
Tym, co łzami i potem chleb swój święcą suchy.
Lecz karmiąc głodne ciało, miejmy też na względzie,
Że nie samym jedynie chlebem człek tu żywię,
I duchowny mu pokarm rozdawajmy wszędzie;
A gdy się wszelka dusza, co go łaknie chciwie,
Nasyci, zmartwychwstanie Pańskie wnet poczuje
I wielkim wtedy chórem zabrzmią — alleluja!