JESZCZE GŁOSY Z RUMUNII - pogadanka o. Justyna z 4.02.1940 r.

Naród niemiecki wszystkich czasów uczył swoich i wmawiał w drugich, że Niemiec, każdy Niemiec, to już nie zwyczajny śmiertelnik, lecz jakiś nadczłowiek. Filozofowie niemieccy udowadniali, że naród niemiecki, to ród zdolniejszy od wszystkich innych; pisarze niemieccy twierdzili, że naród niemiecki, to naród wybrany i przeznaczony do stania na czele całego świata; że kultura niemiecka, że cywilizacja niemiecka powinna i musi górować.
Ta teoria głoszona była przez wieki od czasów Attyli, króla Hunów, któremu historia dała przydomek "Bicza Bożego", i króry nie tylko bił i mordował, nie tylko palił i rabował, lecz zatruwał wody i całe pola obsypywał solą i wapnem, niszcząc trawę w zakorzenieniu! Teoria przemocy, nienawiści i zemsty od piątego do dwudziestego wieku. Każde pokolenie niemieckie karmiło się i poiło taką nauką! Pod hasłem wszechniemieckim: "Niemcy ponad wszystko!" - ten naród zawsze myślał tylko o grabieżach, o napadach, o podbojach, o wojnie! Zmieniali się, prawda, panujący, zmieniali się czołownicy; zmieniały się rządy, tylko natura niemiecka nigdy nie uległa zmianie.
W narodzie niemieckim zawsze kiełkowało przekonanie wyższości niemieckiej, nigdy nie przygasało pragnienie zawojowania świata i nigdy nie zanikła wiara, że kiedyś naród niemiecki stanie się panem i władcą kuli ziemskiej! Wystarczy czytać dzieła nowoczesnych autorów niemieckich, od najsławniejszego autora do najobskurniejszego pisarka.

Prawo boskie rządzenia
Jeden pisze tak: "Ród germański ma większe prawa od wszystkich innych!" Drugi: "My (Niemcy) mamy prawo boskie rządzenia!'' Trzeci: "naród niemiecki to naród panów, reszta musi być niewolnikami Niemiec!" Czwarty: "Niemcy mają misję boską w utworzeniu nowego porządku socjalnego w świecie!"
Co za buta? Co za zarozumiałość! Czy teraz rozumiecie dlaczego winę mordowania i tępienia Polaków przypisuje całemu narodowi krzyżackiemu, a nie tam żadnej partii ani jakiemuś stronnictwu lub tylko tymczasowemu rządowi? Bez różnicy kto rządził, rządzi lub rządzić będzie, natura krzyżacka pozostanie tym, co była, ponieważ to leży w duszy huńskiej; to płynie w krwi teutońskiej; to gnieździ się w umyśle krzyżackim i
w końcu to są składniki, pierwiastki natury dzsiejszego pokolenia! Na potwierdzenie znów wskazuję wam na historię! Co kilkanaście lub kilkadziesiąt lat gad krzyżacki podnosił swój łeb i otwierał swa paszcze i syczał: "wojna! wojna!"
Za ciasno było mu we własnym splugawionym gnieździe, a więc chciało mu się pełzać po ziemiach obcych! Kiedy przygważdżano go ku ziemi, wtenczas narzekał, że świat go krzywdził! Dziś robi to samo! Sam morduje, niszczy, prześladuje i krzywdzi, jak bandyta, złodziej i morderca. Robi to wszystko planowo i systematycznie, bez najmniejszego względu na jakiekolwiek prawa. On wyłącznie rości sobie prawo do wszystkiego, do wszystkich. Inni nie mają żadnych praw, nawet Boga obrabowali z praw! Tak, Niemcy Boga wysiedlili!

JESZCZE GŁOSY Z RUMUNII

Dziś w Buffalo ogromna śnieżyca. Temperatura — zero! Na ulicach zaspy śniegu. Wiatr wieje z szybkością pięćdziesięciu mil na godzinę. Bawi się z tumanami śniegu. Rzuca je wysoko w powietrze: rozbija je o ściany domków! Zamiata nimi chodniki i ulice. Oblepia nimi gałęzie drzew. Ludzie, mimo ciepłej odzieży, czapek, futer, rękawic i butów, kurczą się od zimna. Spieszą, biegną do domów! — Myśli moje biegną za morze, zatrzymują mnie w Rumunii. Wyczytałem w depeszach, że tam mrozy, jakich nie pamiętają najstarsi ludzie! Pomiędzy 0 i 5 poniżej zera! Wody sławnego Dunaju zamarzły. Stada wilków pędzone głodem, kradną bydełko. No i tam tysiące i tysiące naszych przymiera z głodu i zimna.
Przed oczami przesuwają się obozy żołnierzy polskich. W barakach wilgotnych, co dopiero ukończonych, nieogrzewanych, tysiące marnie ubranych żołnierzy polskich trzęsie się z zimna. Brak żywności, brak odzieży, brak opału! Obrazek pełen zgrozy i beznadziei graniczącej na rozpaczy! — Często budzę się w nocy i przypomina mi się to com widział i słyszał objeżdżając osiedla i obozy uchodźców polskich. Wtenczas, już nie ma mowy o śnie!
Siadam przy stole i staram się pisać. Lecz i to się nie udaje! Przechadzam się po pokoju. Nie znajduję ani spokoju, ani wypoczynku! Lecz, to ani tu, ani tam! Lepiej posłuchajcie jednego i drugiego opowiadania tych nieszczęśliwców, którzy byli naocznymi świadkami okrucieństw, na które zdobyć się mogą tylko Hunowie i Moskale! — Rozmawiam z jednym z najsławniejszych profesorów warszawskich. Załamany fizycznie i umysłowo! Kto wie, czy kiedykolwiek odzyska zdrowie.

Przestrach i cierpienia
Siedzimy w biednej chatce rumuńskiej. Patrzy na mnie oczyma, w których malują się przestrach i cierpienia. Mówi urywkowo. Tak osłabiony przejściami, że nogi drżą i skaczą nerwowo! "Ojcze drogi!' Już wydobyto przeszło dwadzieścia tysięcy trupów z ruin warszawskich! A ile jeszcze gnije w rumowiskach, nikt nie wie! Przy końcu oblężenia Warszawy mieszkańcy już nie wiedzieli gdzie chować trupy zabitych, znosili więc ciała zabitych do podziemi kościołów warszawskich. W podziemiach samego kościoła św. Krzyża znalazło odpoczynek pomiędzy tysiąc a dwa tysiące ciał.
"Po wkroczeniu wojsk niemieckich do strasznie zniszczonej stolicy, władze niemieckie zażądały zakładników! Wybrano trzy tysiące, najlepiej znanych ludzi, z każdej klasy społeczeństwa! Zakładników uwięziono! Z księżmi zakładnikami postąpiono najpodlej! Zamknięto ich w podziemiach kościoła św. Krzyża wraz z cuchnącymi i już rozkładającymi się trupami! Trzymano ich tam przez dziesięć dni, bez kropelki wody, bez kawałka chleba! Ojcze, kiedy ich wypuszczono z tego strasznego więzienia, połowa z nich straciła rozum, oszalała! Tych tajna policja niemiecka — rozstrzelała!" Biedaczysko, uchodźca, profesor już nie mógł dalej mówić. Wybuchnął głośnym płaczem i trząsł się jak listek osiny.
To jest opis inteligentnego tułacza polskiego, który aż do dnia 23 listopada 1939 roku, mieszkał wśród grobów zabitych i wymordowanych przez kulturalnych Gotów! Według zeznań przeszło trzystu uchodźców, dzisiejsza Warszawa — to narodowy szpital i narodowy cmentarz!

Kolonia inteligentów
W obozie, położonym na północ od Karpat rumuńskich, jest kolonia inteligentów. Przeważnie — nauczycieli! Jak już wspomniałem, Niemcy uwzięli się na duchowieństwo polskie. Potem na nauczycielstwo polskie. Na nauczycielach i nauczycielkach wywierają nadzwyczaj zaciekłą złość i zemstę zażartą! Nauczycieli wywożą w głąb Rzeszy do specjalnych obozów koncentracyjnych. Co tam z nimi wytwarzają — świat jeszcze się nie dowiedział. Nauczycielki więżą na kilka dni; później wywożą do obozu, gdzieś blisko Wiednia! Jak brutalnie obchodzą się z uwięzionymi nauczycielkami, nawet ja nie mogę wam opisać! Musicie się dorozumieć! Barbarzyńcy, podłe kreatury, tak podłe, że brak słów na ich należyte opisanie!
Nauczyciel, z którym rozmawiam, to Warszawiak. W Warszawie, przy końcu listopada, tylko trzy uczelnie były otwarte.
Resztę zamknęły władze niemieckie. Nawet w tych trzech szkołach nie było wolno używać języka polskiego! Władze okupacyjne twierdzą, że język polski jest niekulturalny. Zresztą niepotrzebny, ponieważ tak jak dziś nie ma Polski, to wkrótce nie będzie Polaków! — "Zobaczymy, zobaczymy," biada załzawiony nauczyciel. "Niemcy mogą nas zranić, potwornie okaleczyć, narodu jednak polskiego nigdy nie wybiją! Przyjdzie dzień obrachunku. Wtenczas, nie my Niemcom, lecz Niemcy nam muszą zdać sprawozdanie i ścisły rachunek ze swej krwawej gospodarki na ziemiach naszych!"

Walka Prusaków z Kościołem
A teraz wy Ślązacy, Pomorzanie i Poznańczycy, którzy albo sami pamiętacie, albo słyszeliście z ust waszych ojców i matek opowiadania, o walce kulturalnej, która ciągnęła się od roku 1872 do 1880. Była to nie tylko walka rządu pruskiego z Kościołem, nie; była to wojna, wypowiedziana polskości przez kulturę niemiecką! Na czele tego ruchu antypolskiego stanął Otto Bismark! Berliński Goliat, który jako kanclerz Rzeszy niemieckiej, miał w życiu wytyczny cel: najpierw żelazną garścią zdusić biednego Dawidka polskiego i potem zmiażdżyć go swym ciężkim butem krzyżackim! I wtenczas pewna cześć Polaków przechodziła katowanie, więzienia i wywłaszczanie. Było to jednak kropelką w morzu z tym, co w obecnych czasach cierpią Polacy w tamtych stronach!
Najlepiej posłuchajcie głosu tułacza poznańskiego, który mówił tak: "Tuż pod Poznaniem są trzy wielkie obozy koncentracyjne. Akcje wywłaszczania Niemcy przeprowadzają według dawno ułożonego planu. Przeprowadzają ją bezwzględnie i okrutnie. W niektórych miejscowościach polskie rodziny są przygotowane we dnie i w nocy, ponieważ nie wiedzą ani dnia ani godziny, kiedy trzeba będzie porzucić wszystko i iść w świat! Co wieczór, do pewnych domów wpadają gestapowcy. Z urzędowego spisu wyczytują nazwiska. Osobom wyczytanym oznajmiają, że trzeba będzie iść za godzinę lub dwie! Urzędnicy idą dalej. Nie już po dwóch lub jednej godzinie, lecz po kwadransie lub najwyżej po trzydziestu minutach, wkracza druga gromada rozjuszonych gestapowców. Skazańcom nie wolno zabierać żadnej pościeli, ani sprzętów. Zezwalają im zabrać po jednej koszuli, kilka chusteczek, parę butów i spodniej bielizny! W dodatku sumę pieniędzy, równającej się sumie pięćdziesięciu marek niemieckich! Nic więcej! Tajna policja przeprowadza rewizje ścisłą i długą!

Biada tym, na których brutalni gestapowcy znajdą coś ponad wyżej wymienione.
"Wtenczas nie tylko biją pałkami, lecz nawet wystrzeliwują! Robią to na miejscu, bez namysłu. Tych, którzy przetrzymali rewizje, pędzą do obozów. Nieraz zmuszają nieszczęśliwych do biegu, lecąc za nimi z wymierzonymi karabinami lub pokrywając ich karabinami maszynowymi! Pędzą ich i strzegą jakby to była gromada najgorszych zbrodniarzy. Z głównego obozu, po kilku dniach, wysyłają mężczyzn w głąb Niemiec; jednych do obozów, drugich na roboty przymusowe: mężatki idą do osobnych obozów i dziewczęta osobno; jaki los jest wymierzany pierwszym i drugim, też niewiadome! Dzieci trzymane są osobno po salach lub w koszarach!"

Kto może wyobrazić sobie tragiczny los wywłaszczonych? Kto zrozumie boleść rodziców, kiedy muszą rozstawać się z własnymi dziećmi? Mąż traci żonę, matce zabierane są dzieci; dzieci odrywane są od rodziców! "Boże, mój Boże," żalił się przede mną płaczący twardy Poznaniak, "na ziemiach poznańskich kroczą szatani w ludzkich ciałach; mszczą się na ludności polskiej, zabierają im własności, które od setek lat należały do ich rodzin, i w nieludzki sposób rozbijają rodziny polskie!" Na moje zapytanie, czy Niemcy wszędzie zastosowują taką procedurę w wysiedlaniu Polaków, mój przyjaciel odpowiedział, "że nie!"

Pędzą poza miasto
"W niektórych miejscowościach po prostu wyrzucają z domów i pędzą poza miasta. W polach widać gromadki staruszków — kobiet — dzieci; bez dachu, bez odzieży; żywią się tym co znajdą! Schorzali, zbiedzeni, zrozpaczeni!" — Ja pytam moich słuchaczy: Czy rozumiecie niedolę tych nieszczęśliwych biedaków? Wyobraźcie sobie, że dziś wieczorem wpadnie do waszych domków zgraja rozbijaczy-bandytów i oznajmi wam, że po godzinie musicie porzucić wasz domek i rozstać się musicie z waszymi rodzinami! Co powiesz ty ojcze? i ty matko? ty synu? ty córko? Co was oczekuje, nie wiecie! Czy więzienie? czy obóz? czy wywiezienie — kto wie, niewola, śmierć, czy tułaczka? Wszystko, wasza dola lub niedola, życie lub śmierć, wszystko zależy wyłącznie od woli nieludzkich gestapowców. Tacy panowie życia i śmierci dziś rządzą siłą, przemocą, kłamstwem, obłudą, pychą i zarozumiałością!

Uchodźcy znaleźli schronienie
Niedaleko od Constantia, które jest jednym z głównych miast portowych Rumunii, znalazło schronienie około osiemset uchodźców. Sporo z nich pochodzi z Krakowa. Prosty to ludek, nad który nie ma na całym świecie zacniejszego! Serdeczny,
pracowity, Boga i ludzi miłujący. Słuchajcie pilnie, bo ten biedak z Krakowa chyba nie będzie nam kłamał; usłyszycie o niekulturalnym brutalstwie kulturalnych morderców,
"Ojcze," mówi mój krakowianin, "sam szatan nie jest tak okrutny, jak są okrutni gestapowcy! Widziałem jak przed więzienie zajechały dwa płaskie samochody ciężarowe. Otwarły sig bramy wiezienia i wyszło około dwudziestu czy trzydziestu żołnierzy niemieckich. Utworzyli szpaler od drzwi wiezienia do ciężarówek. Potem wyszła gromadka gestapowców w żółtych mundurach z pałkami w ręku. Oni otoczyli samochody. Wreszcie ukazały się szeregi więźniów. Więźniowie zaczęli wchodzić na samochody. Naczelnik gestapowców wskazywał gniewliwie mchami rąk, że mają się kłaść. Kładli się twarzami w dół. Nogi od kolan zwieszały po bokach ciężarówek. Kiedy już podłoga była pokryta ciałami wystraszonych więźniów, dowódca niemiecki kazał innym kłaść się rzędami na pierwszych.
"Kiedy już ukończył się drugi rząd, kilku gestapowców wskoczyło na samochód i zaczęli deptać po leżących ciałach jak po kapuście, nie bacząc gdzie uderzali ciężkimi butami. Kiedy ułożono cztery rzędy ciał, ciężarówki skierowały się poza Kraków. Tam w polu były dwa głębokie rowy. Ciężarówki zatrzymały się pomiędzy rowami. Gestapowcy rozkazali więźniom skakać do rowu. W skoku wystrzeliwali nieszczęśliwców! Kto wie, ilu z nich było przy życiu kiedy ich przywalano ziemią!"
Posłuchajcie, jak zakończył krakowiak: "Ja byłem jednym z tych, którzy byli zmuszeni do zawalania tych dołów, w których wiły się ciała polskie!" — Czy tych zaborców niemieckich można jeszcze zaliczać do ludzi? Czy można? Odpowiedzcie wy!

Władze znały prace młodych
W tym samym obozie opowiada mi inny tulacz o takim zdarzeniu. W Krakowie wyłapano całą gromadkę młodych ludzi, którzy pracowali w drukarni polskiej, w której wydawano gazety i pamfleciki. Pracownicy znani byli ze swej działalności w dziedzinie Akcji Katolickiej. Przez lata zwalczali smoka berlińskiego, jego doktrynę i naukę antychrześcijańską, zasady pogańskie i wszystko co sprzeciwiało się chrześcijańskiej cywilizacji. Władze niemieckie dobrze znały pracę tych młodych, dzielnych i odważnych apostołów w Polsce. Ze szczególną zawziętością polowano na nich. W końcu kiedy wyłapano sporą gromadkę, wyprowadzono ich na plac publiczny w Krakowie. Plac otoczyli Niemcy kordonem młodych żolnierzy niemieckich. Na placu stało sześć opancerzowanych tanków; więźniom kazano położyć się na ziemi. Dano sygnał. Tanki ruszyły na pokotem leżących jeńców. I powoli przejechały się po nich! Tak, przejechały się po nich, zostawiając tylko miazgę, krwawą miazgę. Brutalni żołdacy, — zasalutowali i cofnęli się do koszar!
Co za odwaga i co za bohaterstwo żołdaków huńskich i brutalnych sadystów niemieckich, cieszących i radujących się z cierpień i śmierci bezbronnych! Puszczać tanki na skazańców! Taką zabawkę wymyśleć mogą już nie ludzie, tylko wcieleni szatani! I takie plemię okrutników śmie mówić światu o swej kulturze narodowej! Tacy barbarzyńcy pragną narzucić swe jarzmo nie tylko Europie, lecz światu całemu? Takie plugawe krzyżactwo cynicznie twierdzi, że ma tylko jedną misję, mianowicie opanować świat, być panami krajów i zamienić inne narody w hordy uległych — niewolników!

W jednym z obozów niedaleko od Cociani są uchodźcy z Lublina. Lublin, znam dobrze to miasto. Kiedy byłem tam przed kilkunastu laty, podziwiałem starożytny zamek z czasów Kazimierza Wielkiego — uniwersytet katolicki; widziałem wielkie, nowoczesne fabryki, pomiędzy innymi przypominam sobie cukrownię, bo akurat wtenczas okoliczni wieśniacy zwozili buraki. Około cukrowni stało z jakie sto fur wypełnionych burakami. Już wtenczas Lublin liczył około 115 tysięcy mieszkańców. Stałem nad rzeka Bystrzycą i zachwycałem się wprost czarującym widokiem. Bogata i żyzna ziemia pokryta łanami złocistej pszenicy, przeplatana zielonymi płatami rozmaitego warzywa i burakami cukrowymi. Było co podziwiać i czym się zachwycać.

Inny przedstawia obrazek
Dziś tak Lublin, jak cała okolica, inny przedstawia obrazek. Lepiej jednak opowie wam mój przyjaciel-tułacz, który własnymi oczyma widział dzieło zniszczenia. "Słysząc silne warczenie motorów nadlatujących bombowców, spieszyłem na dół. Zamiast jednak szukać schowu, przystanąłem przy ścianie kamienicy. Ujrzałem przerażający widok. Nad miastem krążyły eskadry bombowców niemieckich. Musiało ich być około dwadzieścia. Rozpoczęło się istne piekło.
"W powietrzu jakiś syk straszny, potem — wybuchy bomb na ziemi. Nalot trwał dwie godziny, od dziewiątej do jedenastej przed południem. Walił się dom po domu. Niemcy zarzucali nas nie tylko bombami wybuchowymi, lecz i rozpalającymi! Chałupy waliły sig, grzebiąc żywcem ludzi, w dodatku, powstawał pożar po pożarze, tworząc istne — piekło! Kto mógł leciał na ulicę. Ludzie przestraszeni szukali ochrony przy ścianach kamienic. Cała ziemia się trzęsła od wybuchów. Widziałem ciała ludzkie rzucane wysoko w powietrze. Cały Lublin zamienił się w cmentarz po tym nalocie! Wyszedłem na ulicę. Zawalona kamieniami, cegłami i wapnem. Wśród gruzów usłyszałem jakiś dziwny płacz, płacz który mnie przejął do kości.
"Był to płacz dwóch małych dzieci — chłopca i dziewczynki. Chłopiec dziesięcioletni i dziewczę siedmioletnie. Dziewczę tuliło do siebie wystraszonego braciszka, jakby go chciało osłonić własnym ciałkiem. Wystraszonym głosikiem opowiadała, że wybuch bomby wyrzucił ich tu. Mieszkanie zrównane z ziemią. Jakim cudem te dzieci ocalały, nie umiem wytłumaczyć. W dwa dni później odnaleziono ich matkę.

Zmasakrowane szczątki dziecięcia
"Trup leżał nad w kawałki roztrzaskaną kolebką, w której leżały zmasakrowane szczątki kilkumiesięcznego dziecka! — Ojcze, — kończył głosem przyciszonym — tego obrazka nigdy nie zapomnę — trupa polskiej matki nad strzępami ciałka swego dziecka!"
Tu raz jeszcze zwracam waszą uwagę na jeden bardzo znamienny fakt. Bombowcami kierowali młodzi niemieccy lotnicy, w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat! Kogo i co znaleźli Polacy w strąconych lub uszkodzonych samolotach niemieckich — nie powiem wam, przynajmniej na razie powiedzieć mi nie wolno. Prędzej czy później czytać będziecie w sprawozdaniach rządów alianckich. Wtenczas — lecz lepiej mi milczeć!

No, miejcież ze mną jeszcze odrobinę cierpliwości, której tak nadużywam. Szczególnie wam, profesjonaliści polscy, zwracam uwagę na następujące zeznanie. Rozmawiam z uchodźcą, który dopiero wczoraj, t. j. 29 listopada, przybył do Ploestl. Jest to polski doktor. Widać na nim ślady długiej i uciążliwej podróży. Wystarczy rzucić okiem na twarz, aby poznać, że musiał przechodzić ciężkie losy i patrzeć na straszne sceny,
"Ojcze mój drogi." rozpoczyna doktor, "co się tam w Polsce działo i dzieje? Mordują naszych, bez żadnych względów! Ja ocalałem, bo zmieniłem imię i nazwisko, i byłem o tyle szczęśliwy, że mnie nikt nie zdradził! Już sam nie wiem jak Bogu dziękować, że mi dopomógł, iżem się stamtąd wydostał! Opowiem tylko jedno zdarzenie. Pewnego wieczora gestapowcy zbudzili nas wszystkich w naszej wiosce i rozkazali nam się stawić na rynku! Tam stali po dwóch stronach aresztanci polscy, pilnowani naturalnie przez niemieckich żoinierzy! Przed jedną z nich stanął gestapowiec i wycedzał nazwiska i stan. Był tam ksiądz, kilku lekarzy, nauczycieli i doktorów. Razem dwadzieścia osób. Rynek był oświetlony reflektorami samochodów wojskowych. Po wyczytaniu nazwisk, drugi brutal odczytał wyrok rozstrzelania. Wyrok wypełniono natychmiast. Myśmy byli zmuszeni przypatrywać się tej krwawej scenie. My, mężczyźni, kobiety i dzieci! Co za publiczna i przestraszająca egzekucja!

Musieli pozbierać trupy
"Druga gromadka, wśród której też był ksiądz i inteligenci, myślała, że czeka ich ten sam los. Nie! Gestapowcy, jak niedawno temu wypowiedział sam pan Goebbels, to ludzie miłosierni, nie zamierzali już więcej morderstw na ten wieczór, a więc rozkazali pozostałym pozbierać trupy i powrzucać je na płaskie ciężarówki. Potem zmuszono ich, aby szli pieszo obok skrwawionych ciężarówek w pobliskie pole, tu musieli wykopać jeden wielki grób i w nim pochować ciała zamordowanych!"
Takie zeznanie robił naoczny świadek-inteligent, który co dopiero wyrwał się z kraju bohaterów i męczenników, którzy zdrowiem, krwią i życiem opłacają swą odwagę! Nam nie wolno ani rozpaczać, ani się mścić! Wolno jednak prosić Boga o wymierzenie sprawiedliwości! Oto módlmy się do Boga i pomagajmy o ile jesteśmy w stanie! To jest świętym obowiązkiem naszym! Przynajmniej tym razem podajmy sobie ręce w tej świętej pracy dobroczynnej! Wtenczas Pan Bóg wyciągnie nad nami Swoją prawicę i pobłogosławi nam!