"O BOŻE!" - pogadanka o. Justyna z 30.04.1939 r.

Dziś, każdy narzeka na kogoś lub na coś! Każdy lamentuje i ubolewa, jęczy i płacze, załamuje ręce i rozpacza! Najmniejsza przeszkoda w życiu codziennym nas martwi, zwyczajne trudności nas zniechęcają, krzyżyki nas łamią i pod nimi padamy! Zapominamy, że życie ludzkie, mimo licznych i szybkich przejść i zmian, jest piękne i miłe, a zawsze powinno być korzystne i szlachetne! Powinno być, lecz czy jest w rzeczywistości? Pytam się, ponieważ w czasach obecnych ludzie, jeśli nie wszyscy, to w ogromnej większości, stracili prawdziwe pojęcie życia! Dlatego nie jest jak być powinno, a jest, jak być nie powinno! Ludzie chcą mieć wszystko bez najmniejszych wysiłków. Zamiast rozpocząć od najniższego szczebla i potem powoli wspinać się coraz wyżej i wyżej, aż do szczytu drabiny, dziś od razu wszyscy chcieliby bez trudów i pracy rozpanoszyć się na szczytach! Łacinnicy mają przysłowie: "per aspera ad astra!" po naszemu: "poprzez trudy ku gwiazdom!", czyli "przez walkę do zwycięstwa!" Ludzkość z natury stworzona jest do szczęścia, dlatego serca ludzkie szukają i gonią do szczęścia. Czemu go nie znajdują? Ponieważ nie widzą i nie wiedzą i znów ponieważ nie chcą widzieć i wiedzieć gdzie ono się znajduje! Dopiero kiedy ludzie do wiary w Boga dorzucą ufność we własne siły, pierzchną i rozbiją się chmury przygnębienia i niezadowolenia! Ludzie dziś nie nauczyli się sztuki życia, nic dziwnego więc, że żyć nie umieją! Trzeba ich uczyć! Sprawa to nie łatwa, ponieważ nauczyciele sami chodzą po manowcach! Trzeba ludzi uczyć prawdy Bożej, prawdy prostej i odwiecznej, mimo że i dziś jeszcze po dwudziestu wiekach głoszenia tej prawdy Bożej, ludzie pytają się z uśmieszkiem cynizmu i niewiary jak kiedyś pytał się Piłat, tchórz i politykier szukający względów ludzkich: "A co to jest prawda?" — A pytał się kogo? Tego Nauczyciela, który uczył: "Jam się na to narodził, i na to przyszedłem na świat, abym świadectwo dał prawdzie. Każdy który jest z prawdy słucha głosu mego!" — Wysłuchajcie, proszę was, mojego ostatniego przemówienia w tym sezonie na Godzinie Różańcowej, pt.

"O BOŻE!"

Około dwa tysiące lat temu po ziemi chodził nadzwyczajny człowiek. Był nim Chrystus Pan. Jego narodzenie wstrząsnęło światem. Jego życie wzbudziło podziw w umysłach ludzkich. Jego nauka, pełna miłości Boga i bliźniego, była tak nowa i niesłychana, że zdawała się być niezrozumiałą, mimo tej niebiańskiej i szczerej prostoty! Mimo, iż przez trzy lata nauczał, że jest "drogą, prawdą i żywotem", i w dodatku Swą naukę udowadniał publicznie cudami, niewdzięczny lud nazwał Go: "kłamcą, oszukańcem, buntownikiem i uwodzicielem!" Miast mówić ze skruszonym setnikiem: "Zaprawdę, ten był Synem Bożym," pluli bluźnierstwa i złorzeczenia wołając: "Jeśli jesteś Synem Bożym, zstąp z krzyża!" — Nawet chwalebne i historyczne zmartwychwstanie upartych nie nawróciło. Dokładniej, upartych, złośliwych i zarozumiałych nie przekonało! Dziś, nie dzieje się inaczej i ani okruszynę lepiej! Dziś też całe legiony nie chcą poddać umysłów krzyżowi i nauce krzyża; nie chcą skłonić głowy i zgiąć kolana przed Ukrzyżowanym. Skutkiem czego, nie tylko nie widzą drogi, nie znają prawdy i nie rozumieją życia, lecz nie znają pokoju, zadowolenia i szczęścia! Gonią za złudnemi światełkami, wyciągają ręce za świecidełkami i z biegiem czasu zanikają, zostawiając za sobą rozgoryczenie i przesyt!

W stolicy Danii, w Kopenhadze, na jednym ze skwerów publicznych stoi pomnik, sławny na cały świat! Jest to figura Chrystusa Pana. Rzeźbiarz nieomal że ożywił oblicze Chrystusowe, lecz posłuchajcie co opowiada pewien podróżnik: "Stanąłem z daleka i podziwiałem ten pomnik! Ni stąd, ni zowąd, zjawił się przy moim boku młody Duńczyk, który szeptał z pewnem uszanowaniem: Panie, jeśli chcesz zobaczyć piękność twarzy ukrzyżowanego Chrystusa-Boga, musisz iść bliżej, zgiąć kolana i na klęczkach popatrzeć w oblicze Ukrzyżowanego! Zdziwiony podszedłem pod postument pomnika, klęknąłem na kolana i podniosłem oczy w górę. Wzrok mój wlepiłem w oblicze Chrystusa. Wtenczas i dopiero wtenczas, zauważyłem rysy pełne dobrotliwości, współczucia, zrozumienia i miłosierdzia. Nie mogłem oczu oderwać od twarzy Chrystusowej, aż żem wyszeptał pokorne i gorliwe: "Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech!"
Trzeba się zbliżyć do Chrystusa, trzeba zgiąć kolana przed Ukrzyżowanym, trzeba wlepić oczy w Oblicze Syna Boga, trzeba pokornie wołać: "Ojcze nasz, Któryś jest w niebiesiech!"

Następujące zdarzenie z wojny światowej dodatkowo udowadnia potrzebę i konieczność zbliżenia się do Boga! Pole bitwy. Transze, jeśli można je tak nazwać. Raczej rowy w pośpiechu wykopane. W nie wdarli się i wkopali młodzi żołnierze. Nieprzyjaciel zasypywał ich gradem kul. Syczały nad głowami żołnierzy jak miliony os i brzęczały jak rozliczne roje pszczół zagniewanych. Tuż niedaleko za wysuniętemi okopami, tymczasowy szpitalik. Proste, szorstkie deski. Nic więcej. Nad wieczorem ustało ostrzeliwanie. Żołnierze jednak musieli pozostać na stanowisku. Ze szpitalika wyszedł młody kapelan wojskowy. Rzucił oczyma w obłoki. Prorokowały czystą noc. Kapelan się zaniepokoił, bo to przepowiadało tylko jedno — najazd samolotów bombardowców! Co się stanie z ciężko rannymi? Bogu tylko wiadome! Wszedł z powrotem do szpitalika! Tu panowała jakaś dziwna cisza, przerywana głębokimi westchnieniami. Od czasu do czasu z piersi ciężko rannych, przez zęby zaciśnione, przebijał się syk boleści i jęk błagalny. Kapelan rzucił okiem współczucia na dwa długie rzędy łóżek. Usta zaczęły szeptać modlitwę, bo wyobraźnia malowała mu obrazek przerażający. Idealna i wymarzona noc na atak samolotów. Jeśli zaś zjawi się ta flota stalowych jastrzębi i uderzy w szpitalik, co się wtenczas stanie z jego żołnierzykami? Tylko jedno: śmierć! Już widział porozrywane i zmiażdżone ciała tych, których teraz wzrokiem sięgał! Odrzucił jednak chwilowo te myśli i z pogodnem obliczem szedł od łóżka do łóżka. Przyciszonym i łagodnym głosem, to pocieszał, zachęcał, dodawał otuchy! Tu rzucił kilka słów o miłosierdziu i dobroci Bożej, tam znów mówił o potrzebie i skuteczności modlitwy. Nagle, gdzieś z dalekiego i ciemnego kąta odezwał się głos ochrypły i nienawistny: "To wszystko głupstwo! Nie ma żadnego Boga!" Kapelan nie okazał żadnego zdziwienia lub niecierpliwości. Wojna i skutki wojny były mu już za dobrze znane! Widział nieraz jak żołnierze szaleli z bólu i szeptali słowa nienawiści i niedowiarstwa. Ani więc nie ganił, ani się dziwił! Posuwał się więc dalej. Stojąc obok chłopca z rozbitą czaszką, z której sączyła krew poprzez szeroki bandaż, pytał się: "Ty wierzysz w Boga, nieprawda?" — "O tak, zawsze wierzyłem i dziś wierzę, bo mnie tak matka uczyła" — mówił chłopak najwyżej siedemnastoletni. — "No i ty też wierzysz, co?'' — pytał kapelan następnego, któremu granat oderwał prawą rgkę!
— "Sam nie wiem, ale myślę, że musi przecież istnieć jakaś siła nadludzka, która wszystkiem kieruje, może to — Bóg!" — Kapelan doszedł już do ostatniego łoża. Właśnie tu stąd doszedł go okrzyk twierdzący, że nie ma Boga! Stanął, uśmiechnął się
i pytał dobrotliwie: "A więc ty nie wierzysz w Boga? czemu jednak?" — "Ja wierzę tylko w siłę. Jedynie siła jest prawem i potęgą. Ze wszystkiego zaś najsilniejszym jest — pieniądz!" — Na takie wypowiedzenie się ciężko rannego, kapelan odpowiedział westchnieniem i cichą Zdrowaśką. Opuszczał szpitalik powolnie; był zamyślony. Jeszcze tu i tam rzucił okiem badawczem. Poszedł dalej. Księżyc zaczął ciekawie wynurzać się spoza chmur — długie smugi światła tej latarni niebieskiej, spoczęły na szpitaliku polnym. Nieomal w tej samej chwili, hen wysoko dało się słyszeć plucie zbiorników, zgrzytanie motorów i szum śmigów. To szwadron samolotów. To zwiastuny nieszczęścia. Raz jeszcze kapelan stanął w progu. Ranni wlepili w niego swe oczy. Błagalne wzroki wystraszonych szukały pomocy i ratunku. Krótka cisza. Złowrogi spokój i znów świst, huk i trzask! Wśród rumowiska dały się słyszeć przeraźliwe okrzyki: "Boże zmiłuj się! Jezu, ratuj! Matko Boska, dopomóż!" — Nikt nie wołał ludzi na pomoc! Nikt nie wzywał pieniądza na ratunek! Zapomniano o mocy, o sile, w trwodze i strachu zwrócono się do — Boga! — Odnaleziono też zwłoki kapelana. Miał piersi rozdarte na strzępy! Twarz była blada, lecz spokojna, nawet radosna. Widocznie jego ostatnia myśl i ostatnie westchnienie też było: "O Boże!"

Zostawiam was, zacni rodacy i miłe rodaczki. Pamiętajcie, że człowiek w gonitwie życiowej może się zapomnąć. To jest po ludzku! Lecz biada człowiekowi, który się zapamięta, a nie opamięta. W ostatniej chwili stanie mu przed oczyma całe jego życie; wtenczas zawoła słowami apostaty: "Chryste, zwyciężyłeś!" I ostatnie jego westchnienie nie będzie: "Jezus, Maria, — ratujcie!" i "O Boże!"