POWODY I SKUTKI NIENAWIŚCI! - pogadanka o. Justyna z 25.02.1940 r.

W ostatnich kilku dniach zaszły pewne wypadki, które zmuszają mnie do całkowitego zmienienia nie tylko dzisiejszego programu, lecz wszystkich programów Godziny Różańcowej w przyszłości! Mimo, że miałem wypisane następne cztery przemówienia o okrucieństwach krzyżackich i ich znęcaniach się nad bezbronną ludnością na ziemiach polskich i zamierzałem raz jeszcze przemówić w języku angielskim, jestem zmuszony milczeć! Czemu? Co się stało?
Pewne stacje radiowe zagroziły mi, że usuną mnie i program waszej Godziny Różańcowej, jeśli nie przestanę mówić o okrucieństwach niemieckich! No, twierdząc, że to sprawa sprzeczna, na wałkowanie której nie mogą sprzedawać czasu na ich rozgłośniach, zarzucili mi kaganiec i zamknęli mi usta! Mimo, że więc nie mogę opowiadać wam ustnie w tych przemówieniach radiowych, o tych scenach krwawych i tragicznych, w których bolesne role odgrywają nasi, będę je wam opisywał w codziennych artykułach umieszczanych na szpaltach "Nowin Polskich" w Milwaukee, Wis., oraz w "Dzienniku dla Wszystkich" w Buffalo, N. Y.
Od tej pracy się nie usuńę i nie ustanę mówić prawdy, bo przecież to sprawa Boga i sprawa całej cywilizacji chrześcijańskiej! Od zwycięstwa tej sprawy zależy szczęście całej ludzkości i pokój całego świata. Od upadku tej sprawy, przyjdzie upadek chrześcijaństwa i niewola wszystkich narodów, tak zwycięzców, jak zwyciężonych! Wtenczas świat cały zamieniłby się w jaskinię zbójów i morderców! Wtenczas ludzie zamieniliby się w stada zwierząt żerujących na bliźnich! Wtenczas rozpoczęłyby górować siła i pięść nad prawem miłości, okrucieństwo nad litością, krzywda nad sprawiedliwością i swawola nad wolnością! No, teraz do przemówienia:

POWODY I SKUTKI NIENAWIŚCI!

W miesiącu grudniu 1939 we wszystkich kościołach archidiecezji Bostońskiej, na rozkaz Jego Eminencji Kardynała J. Connela, czytany był list, wystosowany do wiernych. Jego Eminencja wskazywał na smutny fakt, że świat zamiast przygotowywać się na obchodzenie pamiątki przyjścia na świat Księcia Pokoju, ściga Marsa, bożka wojny, i jest zajęty w prowadzeniu okropnej wojny! Kardynał pisał, że "w całej Europie fałszywi filozofowie i prorocy złego wysilają się, aby zburzyć
jedność rodzaju ludzkiego, przez zastrzykiwanie umysłów i serc ludzkich nauka i błędami rasowymi! Każda rasa, twierdzą oni, jest całością i kompletem i samowystarczalnością, aby zaś pokryć swoje kłamstwo, maskują swój błąd brutalny pod wysławianym tytułem: Ideologii! Już chrześcijaństwo w Europie bywa miażdżone pod butem najokrutniejszej tyranii i despotyzmu.
"Myślącym mężczyznom i kobietom nie potrzeba powiadać, że obecne nieszczęśliwe położenie zawdzięczamy zaprzeczeniom istnieniu Boga i całkowitemu lekceważeniu zasad sprawiedliwości, prawdy i miłosierdzia. Pierwsze i zasadnicze prawo królestwa Bożego na ziemi spoczywa na tych fundamentalnych zasadach, że wszyscy ludzie są braćmi, dziećmi Boga i członkami jednej i tej samej rodziny i dlatego powinni sig nawzajem miłować!''

Znajdujemy źródło  okropności
W takich krótkich zdaniach Kardynała znajdujemy źródło tych okropności, o których świat nie ma wyobrażenia i o których ludzie nie chcą słuchać i drugim zabraniają, aby o nich rozpowiadali! Dobrze, trzeba więc postępować ostrożnie, bo prawda, udowodniona faktami i datami, nie ma dziś prawa; bo prawdy w całej jej nagości nie wolno powiedzieć, ponieważ razi, rani i stoi w drodze i sprzeciwia się poplecznikom kłamstwa i fałszu, którzy znów są wysłannikami i apostołami szatana samego! Prawdę więc ubieram w sukienki opowieści, która uwypukli i wyjaśni skutki nienawiści ludzkiej!

Opowieść płynie z ust chłopaka rodowitego z Sosnowca. Mówi powoli, czystym językiem, który płynie jak strumyk polny, spokojnie i miło: "Pamiętam dokładnie i pamiętał będę do końca życia, gdy 4go września. 1939 roku, po obiedzie wyszedłem sobie na róg ulicy w Sosnowcu, mym mieście! Nagle mym oczom przedstawił się straszny widok. Oto ulicą mego miasta przejeżdżały czołgi i auta pancerne koloru stalowego z białymi złamanymi krzyżami. Trudno opisać mą nienawiść, a przyznam się i przestrach. Pierwsze swe kroki skierowałem do domu, by podzielić się swą rozpaczą z rodzicami. Matka, biedna, wyczerpana przez dni niepewności i oczekiwania, zemdlała, a ojciec, były bojownik o niepodległość, stał się trupio blady i twardym głosem powiedział do mnie: "tu już nie twoje miejsce!" Od tego tragicznego dnia zaczęła się ma tułaczka na własną rękę i walka o kawałek chleba, tym groźniejsza, że pod gradem bomb i kul z samolotów. Droga była bardzo niebezpieczna, gdyż kręciło się po niej mnóstwo czołgów nieprzyjacielskich, które do uchodźców strzelały z karabinów maszynowych. Od takiej kuli zginął mój kolega, który szedł do wojska. Więc były jedynie drogi polne lub boczne, które jednak były zatarasowane wszelkiego rodzaju pojazdami.

Wszystko uciekało bez celu
"Co za tragedia, kiedy patrzyło się na kobiety z dziećmi na rękach i u boku. Wszystko uciekało bez celu — byle daleko, najdalej od nieprzyjaciela! Potem te krzyki, lamenty i jęki chorych, gdyż nawet oni nie chcieli pozostać na miejscu, aby nie wpaść w ręce najeźdźców! Trudno opisać tę tragedię ludzką widzianą na tym odcinku mej drogi, a przecież to jeszcze miało być niczym w porównaniu z tym co miałem w krótkim czasie zobaczyć! Pierwszą noc spędziłem w drodze, wśród płaczu dzieci i matek, wśród modlitwy i przekleństwa. Noc ta naprzeciw innych była niczym, a jednak utkwiła głęboko w mej pamięci.
"Ludzie znużeni i niewyspani kładli się jak kto mógł i gdzie mógł i tylko od czasu do czasu dało się słyszeć bolesne westchnienie lub jęk: "Ach Boże, Boże, co to dalej będzie?" Spać nie szło, gdyż noc była zimna choć dni upalne. Chłód dokuczał, a żaden nie posiadał ciepłego ubrania! Przyszedł ranek tak upragniony przez wszystkich! Choć tego ranka i dnia pragnęli wszyscy, nie był on jednak znów tak piękny, gdyż głód dokuczał bardzo, a zaspokoić go nie było czym, mimo iż każdy posiadał nieco grosza.

"Prócz głodu był i drugi wróg, mianowicie samoloty nieprzyjacielskie, które przelatywały, a zobaczywszy pociągi na torach rozpoczęły zasypywać ich gradami kul. Powtarzało się to ciągle. Nadszedł wreszcie ranek 6-go września.
"Tego dnia o godzinie ósmej rano, wysoko na horyzoncie ukazało się dwadzieścia pięć stalowych jastrzębi. Liczyłem je! Było to pomiędzy Olkuszem a Miechowem. Zobaczywszy pociąg i tory zatarasowane wagonami, obniżyły swój lot i widząc, że nie ma żadnej obrony, rozpoczęły swą krwawą robotę! Należałoby wspomnieć, że pociąg był przepełniony dziećmi, kobietami j starcami! Jednak widząc, że część ludzi rozbiegła się w popłochu po polu, jeszcze bardziej obniżyły lot, do tego stopnia, że widać było ich roześmiane gęby. Wówczas napewno widzieli, że nie wojsko biega po polu lecz cywile, nawet nie mężczyźni, lecz kobiety i dzieci! Mimo to rozpoczęli strzelać do tych właśnie ludzi!

Lament matek i dzieci
"Co za okropność! Jęk rannych, rzężenie konających, świst kul i warkot samolotów mógł odebrać zmysły niejednemu! To polowanie trwało pono piętnaście minut; szybciej jednak by można było wieki przeżyć, jak te okropne piętnaście minut. Ja leżałem pod wsypem w rowie, a obok mnie mała dziewczynka lat może pięć. Trudno bez łzy opisać mi teraz jej jęki i płaczliwy głos "mamusiu, o jak boli!" — Po odlocie wszyscy ci co żyli, długi czas leżeli na ziemi, bojąc się głowy podnieść. Gdy wreszcie nastąpiło opamiętanie, trudno opisać jęk rannych, lament matek nad dziećmi rannymi lub zabitymi!
"Na polu leżeli ranni lub zabici. Wagony zaś kolejowe podziurawione wyglądały jak sita! Pozostali przy życiu nie wrócili już do wagonów, lecz rzucili dobytek i poszli dalej przed siebie o żebraczym kiju! Szedłem dalej. Wszędzie ranni uchodźcy. Trupów nie było czasu grzebać. Wrażenia gotowe sprowadzić pomieszanie zmysłów. Spod gruzów wyciągano trupy. Gdzie indziej poszarpane zwłoki; gdzieś na boku kawałek ręki już sinej, gdzie indziej noga!

"Takie widoki wywarły na mnie piorunujące wrażenie. Ludzie, ci sami ludzie co niedawno nie mogli patrzeć na okaleczenie lub krwawiącą ranę, teraz byli całkiem obojętni. Oczy zaszły krwią i z obłędem patrzyły na to wszystko! Szedłem dalej, lecz tym razem ścieżką polną, słaniając się na nogach z przestrachu i przemęczenia! Nagle podnoszę głowę i patrzę. Widzę na roli leżące woły i obok nich rolnika przy pługu. Myślałem, że odpoczywa i chcąc porozmawiać z nim i odpocząć sobie, podchodzę do niego. Jakie było moje zdziwienie, gdy stale zostaje bez ruchu. Podchodzę bliżej, przyglądam się, krew burzy się we mnie. Mimo woli przychodzi mi na myśl pytanie: 'czy by i oni byli pozabijani przez kuk z karabinów maszynowych? — Nie, to niemożliwe! Co mógł być winien im rolnik spokojnie orzący ziemię? A jednak i to im się nie podobało, gdyż chłop miał dwie kule w plecach i leżał bez życia w kałuży krwi, a podobnie i woły.

Szedł dniem i nocą
"Poszedłem dalej — ocierając łzy! Dniem i nocą szedłem naprzód, wśród zniszczenia i gruzów, zawsze naprzód, byle dalej od takich scen! Szczęście mi sprzyjało. Wreszcie spotkałem swoich znajomych, którzy posiadali powozy. Więc przyjęli mnie do siebie, na furę. Około południa stanęliśmy na kwaterze w jednej z bocznych wiosek. Należał się ludziom i koniom wypoczynek. Gospodarze byli dość zamożni. Gospodyni widząc nas zmęczonych i wygłodzonych, ugotowała nam kawę i rosołu z ziemniakami. Gospodarz poczciwina, to nas bawił rozmową, to szedł do kuchni i naglił gospodynie mówiąc: "A pospiesz się matka, bo głodni; spyrki nie żałuj, bo to nasi wojoki i bidoki teraz!" — Serca nam rosły, słysząc takie i tym podobne słowa chłopa-gospodarza, który był najbardziej upośledzoną jednostką w Polsce. A gdy zaszliśmy po obiedzie do sadu, chłop, w trakcie rozmowy, powiedział te słowa: "A jeśli potrzeba to weśta ostatnia krówkę z obory, a wroga tu nie pustejta!" Te proste i szczere słowa chłopa głęboko utkwiły nam w sercach i wzruszyły nas! Taki to polski chłop, choć w nędzy, ale Polak i jeszcze raz Polak!

Wszędzie ta sama tragedia
"Jechaliśmy dalej. Wszędzie ta sama tragedia, a nawet coraz to gorsza! Nie ludzie to już szli; były to już cienie słaniające się na nogach, ale jeszcze szli! A czy doszli? I gdzie doszli, tego trudno powiedzieć; gdyż nieomal wszyscy szli bez celu. Jechaliśmy teraz na Sandomierz. Minęliśmy Opatów i tu był podobny co i w innych miastach chaos i rozpacz. Wreszcie dojechaliśmy do Sandomierza. Przejazd przez główny most na Sanie był niemożliwy. Więc opuściłem znajomych i towarzyszy podróży, a sam pieszo poszedłem do miasta. Warta nie robiła mi trudności, żołnierz widział moje bose, popuchnięte nogi!
"Miasto przedstawiało jedno cmentarzysko! Nieomal wszystkie domy były rozbite; z cywilów żywej duszy nie było w mieście; głucho i okrutne pustki; szedłem dalej szeroką, traktową droga; na każdym kroku, trupy ludzkie, padlina końska, tu człowiek z rozszarpanym brzuchem, tam rozszarpany koń, już cuchnący! gdzie człowiek się obejrzał, wszędzie ranni, trupy i ruiny. Doprawdy trudny do opisania widok! Czy na polu, czy na drodze, czy w domu, czy w pociągu, wszędzie — trupy!
Sandomierz opuszczałem z rozczarowaniem i rozpaczą! Szedłem dalej na Przeworsk-Jarosław-Żołkiew-Lwów. Wszędzie to samo, jakoby się moce piekielne sprzysięgły przeciw nam.
We Lwowie było mnóstwo ludzi. Zewsząd słychać było można narzekania na los i dolę. Byli ludzie z każdej strony. Z Wilna, Katowic, Poznania i Warszawy. Wszyscy przyszli po tej starej ziemicy, do miasta bohaterskich Orląt, szukając u nich pociechy i ratunku! Cóż mógł zrobić biedny Lwów? A
jednak zrobił i pokazał że jest Polski, że krwi swej nie żałuje.
Bohaterstwo, to nie przypadek dla niego, ale stale powtarzająca się tradycja. I znów do Lwowa przyszła tragiczna wieść że komuniści podchodzą. Przyszedł zdradliwie i podle czerwony tyran ze wschodu by nas gnębić i pławić się w naszej krwi! Cóż miałem robić ja młody tułacz polski? Musiałem uchodzić, iść w dalsza poniewierkę, z nogami poparzonymi, cały wynędzniały, aby z ran się wylizać na obcej ziemi! Co za rozpacz przy przekraczaniu granicy!
"Ja Polak z krwi i kości, z dziada i pradziada musiałem, uciekać. Musiałem, bo co miałem robić — rozumiecie mnie, bo musiałbym zginąć, a przecież kiedyś przydam się tej ziemi, tej matce mojej i wówczas życie moje będzie cenniejsze dla niej, niż byłaby moja śmierć gdybym został na miejscu!"

- Takim praktycznym spostrzeżeniem mój Stach ze Sosnowca kończył opis swych przejść i wrażeń osobistych. Kiedy go spotkałem w Bukareszcie, jeszcze nosił na sobie znaki długiej i przykrej wędrówki! Jeszcze miał na sobie to w czym chodził po ulicach swego ukochanego Sosnowca, gdzie zostawił ojca i matkę!

Przynosił  komunikaty z wiadomościami
"W Bukareszcie przychodził do mnie codziennie przynosząc mi komunikaty z świeżymi wiadomościami. W nagrodę dałem mu koszule, szkarpetki, nieco ciepłej bielizny i kilka dolarów, aby sprawił sobie parę butów. Z początku nie chciał brać tych rzeczy. Kiedy zmusiłem go, biedaczysko klęknął przede mną i objął mnie za nogi. Szlochając, mówił: "Toć przecież mój ojciec rodzony, by dla mnie więcej nie zrobił!"
Dziś ile tysięcy takich biednych Stachów tuła się po rozmaitych krajach? Dzięki komu? Zawdzięczać możemy tym tyranom i despotom, którzy jak słusznie pisał kardynał bostoński, lekceważą sobie zasadnicze prawo Boże, które głosi, że wszyscy ludzie są braćmi Chrystusa, dziećmi Boga i mają prawo do sprawiedliwości. Trudno jednak rozprawiać i argumentować z ludźmi, którzy nawet Boga samego wysiedlili z umysłów i serc ludzkich i wyrzucili Go na śmietnisko narodowe! Nie można mówić z głupimi, którzy powiedzieli sobie, że Boga Stwórcy, Pana i Sędziego nie ma. Że taki Bóg nie istnieje. Natomiast Boga — zastąpili bożkiem. Marsem! Przed nim biją pokłony, jemu hołdują i go ubóstwiają. Bóg jest Bogiem cnót; Mars jest bożkiem żądającym krwi, ofiar, pałający nienawiścią i zemstą! Jego zaś uczniowie, są mu podobni!