DOLA WITKA - pogadanka o. Justyna z 10.03.1940 r.

Przed sześciu tygodniami odbyta się bardzo ważna konferencja w Waszyngtonie. W obradach brało udział szesnastu reprezentantów hierarchii katolickiej w Stanach Zjednoczonych. Omawiano obecny porządek społeczny w stosunku do Kościoła Katolickiego! Innymi słowy, debatowano nad stosunkiem pracodawcy do robotnika, o obowiązkach pracodawcy względem robotników oraz ich rodzin co do bezrobocia, starości, choroby, wypadków i śmierci.

Biskupi stwierdzili, że możemy w Ameryce mieć dobrobyt materialny pod jednym warunkiem, mianowicie, że cała reforma systemu społecznego będzie planowana, opracowywana i budowana w duchu chrześcijańskim! Uchwały kończą się takim serdecznym apelem: "Bóg musi być sprowadzony do rządu, wychowania i wykształcenia, wreszcie do życia prywatnego, publicznego i w działalności społecznej!" — Episkopat Katolicki nie głosi żadnych nowych zasad. Istnieją one w przykazaniach Bożych, objęte są prawami natury! Tylko, że ludzie o nich zapominają. Jedni z obojętności, drudzy z przewrotności. Niepamięć tych zasad Bożych i naturalnych mści się tak na pojedynczych osobach, jak na rodzinach, narodach i na całym świecie! Człowiek zaś lubi zapominać o tych prawdach dla własnej wygody, ambicji i zarozumiałości, które nierzadko zamieniają się w szał i opętanie.
Przykładów nie trzeba nam wyszukiwać na kartach starych tomów. Wystarczy śledzić zachowanie się tych dwóch nowoczesnych Neronów, mianowicie, bandyty niemieckiego i herszta moskiewskiego! Jeden i drugi wysiedlili Boga; Boga wykorzenili z rządu; Boga wykluczyli z kształcenia i wychowania; Boga wykluczyli z życia publicznego, z życia prywatnego i z każdej dziedziny! Nie dziwić się, że ci dwaj poplecznicy szatana i piekła zamienili się w stwory dzikie i krwiożercze, z zamiarem wyniszczenia trzydziestodwumilionowego narodu, który wierzył w Boga i całe życie narodowe i prywatne budował na prawach Boga!

Dola Witka

Jesteśmy w obozie jeńców wojskowych w Vacaresti! Trudno było mi się tu dostać. Pułkownik rumuński, który opiekuje się obozem, postępuje surowo i bezwzględnie z uchodźcami. Obóz rozciąga sig na błotniskach, gdzie kiedyś stały stodoły dworu rumuńskiego! Dotychczas żołnierze polscy byli trzymani pod żelaznym dozorem, w przestarzałych stodołach. Właśnie tu w tym obozie panowały malaria, tyfus i czerwonka! Żołnierze polscy umierali śmiercią powolną, bez lekarstw, bez pomocy doktorskiej. Zamiast na polu chwały ginęli na wygnaniu, na moczarach rumuńskich. Mimo, że pułkownik rumuński dai mi surowy nakaz, abym nie odważył się rozmawiać z żołnierzami i dał mi dwóch poruczników na przewodników oraz strażników, udało mi się pozyskać ich względy. W drodze bowiem od kwatery pułkownika do obozu jeńców było dobre trzy mile amerykańskie. Jak już nieraz mówiłem, że w Rumunii trzeba tylko chcieć i umieć, wtenczas wszystko da się zrobić! Na szczęście ja chciałem koniecznie nie tylko zobaczyć niedolę żołnierzy, lecz również zasięgnąć u nich wiadomości.

Znając chciwość i łapczywość Rumunów (...), zajechałem ich z tej słabej strony. Najpierw, jednemu i drugiemu porucznikowi, ofiarowałem po kilka papierosów amerykańskich. Wzięli z podziękowaniem. Nieznacznie wyciągnąłem po trzysta lei i wcisnąłem w garści wojskowych. Uśmiechnęli się! No i droga już była utorowana! Kiedyśmy minęli żołnierzy na warcie, wjechali w obręb obozu, porucznicy oprowadzali mnie od baraków do baraków, lecz dyskretnie trzymali się z daleka i na uboczu. Miałem więc sposobność rozmawiania z tułaczami.

Jeden z nich, wręczył mi kilkanaście kart zapisanych swoimi przejściami i wrażeniami! Rozpiąłem kożuszek i koszulę. Arkusze ukryłem na piersiach. Przedostałem je bez kłopotu. Otóż właśnie czytam te spostrzeżenia. Posłuchajcie:

"Należałem już do armii powstańczej. Naokoło nas już wojska sowieckie! Wiemy bo nad nami przelatują samoloty sowieckie. Leżymy ukryci w polu. Samolotów jest przeszło 50. Wiem, bo żem je rachował. Piloci widocznie podejrzewali, że ktoś się kryje, bo kilkakrotnie zawrócili nad polanę. Podziwiałem niecelność ich strzałów! Po przelocie wstajemy i ruszamy naprzód. Przez trzy dni nie mieliśmy najmniejszego odpoczynku ni we dnie, ni w nocy! Obok Syrokomli napotkaliśmy kolumnę pancerną nieprzyjacielską. Nasi żołnierze bez wahania uderzyli na wroga! Zaskoczony nieprzyjaciel uciekł zostawiając dwanaście czołgów mniej więcej uszkodzonych.

Łączność z armią zerwana

Po trzech dniach myśmy stracili blisko 70 procent żołnierzy! No teraz nie ma rady. Naboi już nie mamy, łączność z armią polską zerwana, rozkazy żadne nie nadchodzą. Serca pozostałych z bólu żałośnie skowyczą. Nieprzyjaciele wokoło nas. Nasza Ojczyzna podbita i zduszona. Co zrobić z naszą bronią? Oddać nieprzyjacielowi? Nie, nigdy! Jesteśmy na krawędzi lasku. Nasz wywiad powiadamia nas, że nieprzyjaciel niedaleko! Kopiemy gniazda. Do nich chowamy karabiny. Przyrzucamy ziemię! Rozpacz rwie umysłem człowieka kiedy pomyśli, że musiał ukrywać broń w ziemi, zamiast tej ziemi bronić do ostatka, z bronią w garści do ostatniego tchu. Tak często robili nasi żołnierze.

W przyszłości wiele tej broni wykryją, wiele się zmarnuje przez rdzewienie, wiele jej służyć będzie, ale najwięcej zostanie na zawsze nieodkrytej. Nawet po wiekach ludzie dziwić się będą kiedy przy kopaniu rowów i fundamentów, albo przy orce w polu odnajdą kiedyś ukrytą broń. Wtenczas przypomną się im czasy, kiedy to ten cały kraj był jednym cmentarzyskiem! — No teraz już uciekamy.

Przedarliśmy się przez kordon nieprzyjacielskich wojsk. Nie wszyscy jednak. Ze siedemdziesięciu pozostało nas piętnastu! Drogi i ścieżki zawalone uciekinierami. Zdaje się, że wszyscy myślą tylko o jednym: mianowicie aby wydostać się z tego piekła napadów i bombardowań! Wszyscy idą na ślepo, nie wiedząc gdzie zajdą, co spotka ich na jakiejś tam granicy, co robić będą poza granicą! Wszyscy wymęczeni i wystraszeni! W maleńkiej wiosce za gotówkę i w zamian za mundur wieśniak dał mi jakieś łachy wieśniacze. Przebrany dołączyłem się do innej gromady wojskowych i cywilów! Prawie wszyscy chorowaliśmy na grypę!

Nie wiedza albo mówić nie chcą

Pytamy się po drodze czy gdzie jeszcze biją się polskie oddziały. Nikt nic nie wie, albo przynajmniej nie chce nic mówić! Przecież wszędzie już nie tylko żołdacy rosyjscy, lecz nawet zagospodarowała się żandarmeria sowiecka i administracja bolszewicka. Wieśniacy nasi w strachu. To już nie Polska walcząca, kiedy to żołnierz polski znajdował otwarte drzwi do każdej najbiedniejszej chałupiny, gdzie go nakarmiono, przyodziano i przechowywano. Dziś już Polska zabrana i każdy w strachu przed nahajką kozaków i kulą Moskali.

Chłopi nawet drzwi do stodół pozamykali, bo nuż ukryje się tam jaki tutacz polski, a tu nagle zjadą bolszewicy-komisarze, aby wyrachować zapasy zboża i liczbę inwentarza, a potem urzędowo obrabować wieśniaka z całej posiadłości! Chłopi polscy już uginają się pod rajskim jarzmem rosyjskich komisarzy! Plebanie jednak zawsze były nam otwarte, dlatego zawsze przepełnione gośćmi tułaczami.

Po dniach ukrywania się gdziekolwiek się dało, po nocnych wędrówkach zbliżamy się do granicy rumuńskiej. Żeby się tylko przedrzeć, a potem wędrować dalej, chociażby i na krańce świata, bo przecież gdzieś formować się będą wojska polskie, aby znów walczyć, aby zginąć w obronie ziemi i ludu polskiego!

W okolicy Śniatyna odnalazłem mojego młodszego brata Jędrka, który walczył z bolszewikami pod Włodawą. Twierdził, że wojsko bolszewickie, to dziady! Jędrek miał na sobie plecak, taki niewinnie wyglądający plecak podróżującego. W plecaku miał schowanych pięć ręcznych granatów, jak twierdził na każdy 'wypadeczek'!

Pilnował bagażu jak oka

Tego niebezpiecznego bagażu pilnował jak oka w głowie; wytłumaczyłem mu, że to niebezpieczna rzecz podróżować z takim ładunkiem, i w razie odkrycia grozi mu pewna śmierć! 'Powiem, że idziemy na jarmak, a w plecaku niosę masło, ser i jaja!', wykręcał się brat! Powiedziałem mu stanowczo, że nie chce go mieć za brata, jeśli nie pozbędzie się tego stalowego towaru. Koniec końcem po długiej dyskusji Jędrek zakopał granaty w rowie! Żal mu jednak było, bo aż je głaskał przed pochowaniem. W Śniatynie spędziliśmy kilka dni. Wypytaliśmy się o najkrótszą drogę do granicy. Ruszyliśmy w stronę Rumunii, zaledwie się ściemniło!

O kilkaset metrów od granicy, a wiedzieliśmy już gdzie byliśmy podług słupków przydrożnych, przed nami zarysowały się sylwetki bolszewickich sołdatów. Księżyc, jakby nam na złość, wylazł z całej pełni spoza chmur, aby uwydatnić postacie dwóch uciekmierów-braci! Rozgniewany tym wszystkim i zaniepokojony myślą, że możemy wpaść w ręce straży bolszewickiej, wyciągnąłem ręce jakbym mierzył karabinem i zacząłem wrzeszczeć: 'śmiert na was! śmiert na was!' Dzielnie dopomagał mi w tym Jędrek! Krzyczał głośniej od Zagłoby. Pochylił się ku ziemi, jakby gotował się do skoku i ataku na bagnety! Pozorna gotowość do ataku zrobiła niespodziewany efekt na bohaterskich reprezentantach heroicznej armii czerwonej. Zaczęli bowiem wrzeszczeć błagalnymi głosami: "Nie strelaj, towariszcz! Nie strelaj!" I w nogi w tak szybkim tempie, że mogliby dopedzić wystraszonego i zmykającego zajączka! Mój brat i ja nogi za pas i walimy prosto ku granicy. Serca biły jak młoty. Na granicy stał słup. Z jednej strony były odmalowane litery — R. P. — po drugiej — R!

Padliśmy sobie w ramiona. Ucałowaliśmy się serdecznie j popłakaliśmy się rzewliwie! Przez dwa dni chowali nas dobrzy wieśniacy rumuńscy. Trzeciej nocy mój brat wyjechał z wieśniakiem do Mamaesti na targ. Ja zostałem, aby pilnować gospodarstwa. Po tygodniu powrócił gospodarz, ale sam bez Jędrka. Mój brat spotkał się w drodze z trzema oficerami i nie zatrzymał się aż we Francji. Dziś już jest w armii polskiej. Ja byłem mniej szczęśliwy. W wędrówce do Bukaresztu wpadłem w ręce policji i internowano mnie najpierw w obozie karnym, potym przeniesiono mnie tu!"

Tyle wypisał mi mój przyjaciel żołnierz! Lecz jeszcze nie koniec tych spostrzeżeń smutnego żołnierzyka.

Spotkał się z dziennikarzem

Witek zanim dostał się do obozu, spotkał się z pewnym dziennikarzem, który tak pisał później. "Miałem dziś dziwnego gościa, który mi opowiedział dziwną i ciekawą historię! Przyrzekłem mu pomóc co mogę. I kiedy zabierał się do wyjścia, zapinając swoją za wielką kurtkę, użaliłem się w sobie tej kurcie, tym grubym butom, temu rozstaniu się z bratem, tej ciężkiej doli, która padła na nich i zapytałem o rodzinę. — Ojciec mój był majorem. Dostał trzy kule w brzuch w Prusach Wschodnich i — nie żyje! Wyrąbał to twardym głosem i zabierał się do odejścia. Nie w smak mu snać było mówić o tym. Może uważał to za swoją prywatna sprawę, skoro przez kilka godzin nie wspomniał o tym. A może zamknął w sobie tę rzecz wysiłkiem woli! Ale ja go nie mogłem tak puścić. — A matka? - spytałem. Odwrócił się do okna, zmiatając coś z szyby. — Matka — próbował rąbać tym samym zdecydowanym głosem. Ale nagle odwrócił się do mnie, ujrzałem skrzywienie ust. — Mamusia . . . mamusię i siostrzyczkę czternastoletnią ... — Co? — spytałem, drętwiejąc. — Zabiła bomba ... I rozpłakał się.
Kiedy wyszedł, słyszałem długo kroki jego ciężkich wojskowych butów.

Kiedy siedzę wieczorami sam, przypominam sobie Witka i Jędrka, myślę o dzieciach naszych, które ruszyły na rzeź. Piersiami swymi zasłaniając przeciw bestialstwu i zbrodniom matki i siostry, które szarpały bomby. Zdaje się, że te kroki potężnieją, że słyszę ich tysiące, że zmarli z grobów wstają, trawa polna rusza, drzewa suną, ziemia drży, powietrze huczy i dudni, młodość i nieustępliwość narasta i hartuje się i myślą jestem przy dzieciach naszych (...)!

Skutki nauki bezbożnika

Ja dodaję: oto skutki, straszne skutki, nauki bezbożnika i poganina, którzy dziś grożą światu całemu, pragnąc zarazić cala ludzkość, aby móc dalej uzwierzęcić i zbydlęcić ród ludzki! Tak zawsze wszystko się kończy, jeśli nie jest planowane i budowane na zasadach chrześcijaństwa!

Teraz proszę posłuchać listu otrzymanego przez panią M. Hodkiewicz. Kopię listu dostałem od zacnego pana Manduka, z pozwoleniem użycia go w części lub całości. List pochodzi z obozu uchodźców w jednym z państw ościennych. Jest odpowiedzią na list i ofiarę wysłaną biednej Polce, którą los rzucił na ziemię obcą! Przyjazną tak, zawsze jednak obcą.

"Kochani:
List Wasz z dnia 29-go listopada otrzymałam wczoraj. 15-go stycznia. Jaka uciecha była z tego listu, a 5 dolarów w środku! Dziękuję Wam bardzo za okazaną nam życzliwość i pomoc. Spłakaliśmy się wszyscy i radzili co kupić, czy też Wandzi w jaki sposób posłać? Michał i Jerzyk chcieli pójść i buciki mi kupić. Ja jednak zadecydowałam rzecz dla ogółu praktyczną — piecyk blaszany i węgiel. Przebywamy tutaj w miejscowości kuracyjnej, więc mieszkania są bez pieców, a tego roku zima wyjątkowo ostra. Kupi się więc piec, bo zawsze "w cieple — lżej człowiekowi".
Z Polski przychodzi codziennie młodzież, która ucieka przed robotami niemieckimi i pełno ich tu u nas. Żyć przez to coraz trudniej, bo mimo pomocy z Ameryki, Anglii i Francji, ponad 40 tysięcy ludzi utrzymać i okryć — bo to gołe wszystko — trudno! Nasz obóz poza 40 kocami jeszcze nic nie dostał i trudno się doprosić. Ja Bogu dziękuję, że dzieci zdrowe. Sama nie mam ani płaszcza, ani bucików, i nie wychodzę na pole. Na wieczór w Jurka butach i Hali płaszczu, ale za to codziennie mają śniadanie, obiad i kolację. Boże, co za apetyty "teraz", a w domu nie było można się doprosić! Ale za to teraz żegnam chleb znakiem Krzyża, aby na dłużej starczył. Wszyscy u nas zdrowi, a tu prawie nie ma rodziny, aby kogoś nie opłakiwali.

Ludzie uciekali w panice

Pociągiem jechać nie można było, bo Niemcy bombardowali, a ludzie uciekali w panice i do pociągów, aby po paru kilometrach śmierć znaleźć! My tu będziemy do końca marca, bo tu są kąpiele, więc na ich sezon wywiozą nas znowu gdzie indziej. Nie wiadomo gdzie, ale w lecie to zawsze — chociaż na gołej ziemi — dobrze będzie. Jurek mój jedzie do Francji, do wojska, skończył 17 lat i nie mogą go zatrzymać. Płaczę po kątach, ale co to pomoże? Pisałam do organizacji dobroczynnej i prosiłam o koce i odzież, ale nic mi nie przysłali. Może nie bardzo drogo by kosztowało, abyście z Ameryki mogli przysłać. Bóg Wam to wynagrodzi, a może kiedyś i my odwdzięczymy się! Z Wawelu obecnie wynieśli wszystko, nawet dzwon Zygmunta zabrali, wszystko co Polacy tak czcili i kochali. Halusia ręce Wam całuje. Siedzi przy piecu i mówi, że największa radość — to ciepło. Strasznie było w zimne dni, nawet lód w pokoju.
Mamy dzieci z całego pensjonatu, grzejące się przy naszym piecu. Dola nieszczęśliwców! Dni płyną szybko, bo szyje się koszule dla żołnierzy, a i każdy z nas musi uszyć coś dla siebie i swoich.

Myśmy szli piechotą z Przemyśla, więc wzięło się chleba, mąki — aby było co jeść, o odzieży nikt nie myślał. Uciekaliśmy potem do Stryja, a w Stryju tysiące ludzi na drodze, bo bolszewicy idą — tego nikt nie przewidział! Chyba całe życie nie zapomni się tej drogi. Z tej strony panika i z tej drugiej też, a nad głowami — samoloty z bombami!"

Tak pisze i tak użala się polska żona i polska matka, która tak, jak kiedyś ta najsławniejsza i najboleśniejsza z wszystkich matek, musiała uciekać przed nowoczesnymi Herodami i ich żołdakami, aby uratować swe dzieci od przewczesnej i okrutnej śmierci!

Papież otwarcie walczył

Świętej i nieodżałowanej pamięci Papież Pius XI, który nie ugiął się przed względami żadnego mocarza i otwarcie walczył przeciw zasadom i nauce nazizmu, bolszewizmu i faszyzmu, a stawał stanowczo i hardo w obronie uciemiężonych i prześladowanych, już w roku 1937 pisał: "Pierwszy i oczywisty obowiązek każdego kapłana względem świata jest służba prawdzie, całej prawdzie, zdemaskowanie i zbijanie fałszu, który ukrywa się w jakiejkolwiek formie lub pod jakimkolwiek pozorem!" — Za późno jest wprawiać zamki do drzwi waszych domków dopiero kiedy złodziej - bandyta wpadnie do waszego domu i skradnie oszczędności długoletnie, a was i waszych okaleczy i ciężko porani! Za późno jest myśleć o zabezpieczeniu waszej własności, kiedy już ogień zrównał ją z ziemią, albo wypalił doszczętnie, zostawiając tylko okopcone ściany, nad którymi płaczecie i ręce załamujecie! Trzeba, koniecznie trzeba o tych sprawach
pomyśleć przed czasem. Trzeba się zabezpieczyć przed możebnym niebezpieczeństwem i nieszczęściem! Taki jest cel moich przemówień radiowych. I tylko dlatego przedstawiam Wam te prawdy Boże i życiowe, aby Was ostrzec i bronić przed zasadami i naukami bezbożników i pogan, którzy pod maskami narodowego komunizmu i socjalizmu pragną świat opanować; i narody upodlić i uzwierzęcić, aby znów na świecie całym zapanował teror i niewola, jakie dziś panują w Trzeciej Rzeszy i w raju bolszewickim! Dziękujmy Bogu, że mieszkamy w wolnej Ameryce i brońmy się przed falami "izmów" importowanych spoza granicy! Nadal będę wam głosił prawdę — wy słuchajcie i wierzcie!