ISKRY CZERWONE - pogadanka o. Justyna z 7.04.1940 r.

Mieszka na ulicy Ordynackiej w dwupiętrowej kamienicy. Okna jej mieszkania są zabite dyktą, tylko jedno w kuchni świeci szyba połatana kitem. Stróż poznaje ją po żałobie. Schodzi zawsze wolno po schodach, czarna zasłona kryje ciemne, duże oczy. Stróż kłania się nisko, choć dwudziestogroszówek już jak dawniej, nie dostaje — ta pani ma bardzo mało pieniędzy. Wszyscy w całej ulicy wiedzą, jaka była historia naszej pani. Maż jej poległ dwa dni przed oddaniem Warszawy; pochowano go tam, gdzie padł — w Alejach Ujazdowskich.
Czarna pani chodziła co dzień na grób męża, siadała na ławce pod łysym, rosochatym drzewem i patrzyła długo w drewniany, cienki krzyżyk. Napis przez jakiegoś szeregowca niewprawnie nagryzmolony, zmywał deszcz, a potem śnieg. Kazano przenieść zwłoki na cmentarz. Żeby te ulice tak ponuro nie wyglądały. Czarna pani zmieniła szlak wędrówki. Wychodziła jak zawsze o dziewiątej godzinie rano i wracała na obiad. Stróż kłaniał się nisko, bardzo nisko, ilekroć ją zobaczył. Z takim samym szacunkiem kłaniali się znajomi z Ordynackiej ulicy. Czarna pani w mieszkaniu ciemnym i biednym wychowuje synka. Nie bierze go na grób ojca, bo chłopak źle się czuje — musi leżeć w łóżku. Złe odżywianie, silna anemia - cóż lekarz może na to poradzić?
A wieczorami opowiada pani w żałobie trzynastoletniemu synowi — o ojcu. Tylko — o ojcu. Syn pyta wtedy zawsze o Polskę. Dla niego ojciec to — Polska. — "Kim będziesz, synku?" — pyta się zawsze. Zawsze też dostaje jedną i tę samą odpowiedź: "Żołnierzem będę, mamo!" Warszawo wdowia. Polsko wdowia. .. Jaki pomnik wvstawi historia czarnej pani o dużych, smutnych oczach?

ISKRY CZERWONE

Piętnaście tysięcy ludzi mieszka w stutysięcznym mieście. Ci, którzy przybyli jako kolonizatorzy, ociągają się z przenoszeniem mebli z dworca do domów. A nuż każą wyjechać? I szybko.
To miasto leży nad wodą wielką — nad morzem. Imię jego tkwi w naszych sercach tak głęboko jak wolność. Bo zrodziło się z wolności. Najmłodszy port Europy. Pamiętamy dobrze wielki ruch tego miasta, jasne długie ulice, szeroki oddech morza, krzyk syren okrętowych, dostojne sylwetki statków.
Tu, do tych brzegów przychodziły owoce pracy całego świata, i stąd wyjeżdżały dzieła polskich rąk.
Miastu temu kazano skurczyć się, zmaleć. Wymarłymi ulicami wędruje tylko morski, ostry wiatr, nocą ciemność gnuśna wisi nad wielkim portem . . . Port Gotów — tak go nazwali. Może dlatego, żeby zachować proporcje w stosunku nazwy do treści. Bo w czasach Gotów był tu tylko piach. Śmiertelna pustka. Polskie ręce na piachu zbudowały wielkie miasto — jest to miasto wymarłe . . .


Opowiadanie Kolczugi


Posłuchajcie teraz jak opowiada nam niejakiś Kolczuga: "Pewnej nocy 20-go października wszedł do mej celi strażnik i kazał wstać i ubrać się. Głos strażnika był groźny i przeraźliwy. Jest 12-ta w nocy.
"Co 'oni' ze mną teraz chcą zrobić? Ubrałem się, wyszedłem posłusznie z celi. Patrzę uważnie na długi korytarz trochę z trwogą, czy nie zobaczę gdzie krzyżackich żołdaków. Zwykle późnym wieczorem przychodzili bowiem żołnierze po nieszczęśliwych skazańców. Czyżby i mnie chcieli rozstrzelać? — ale nie, żołnierzy nie widzę! Otrzymuje rozkaz, by przenieść leżankę strażnikowi z jednego pokoju do drugiego. Leżankę przeniosłem, potem usłyszałem szorstkie słowa: — teraz możecie iść spać! "Wśród więźniów był również wielki procent młodych chłopaków. Razu pewnego znalazłem się w towarzystwie siedmnastoletniego chłopca. Wzięto nas do pracy porządkowej na korytarzu. Miałem więc okazje z nim porozmawiać! — A ciebie, za co tu wzięli? — Oni mówią, że ja miałem mieć broń w ręce w czasie obrony Janikowa. — A ty gdzie byłeś wtedy" — W Gnieźnie u mojej cioci. Ale oni nie wierzą! — A rodzice twoi gdzie? — Ojciec jest też w więzieniu, a matka ... — Nie żyje? — No. uspokój się. Co się stało? "U nas w Janikowie zorganizowała się Straż Obywatelska. Rodzice posiadali karczmę; w pokoju gościnnym urządzono wartownię. — W jakim pokoju gościnnym? — U nas w karczmie! Gdy wojsko pruskie się zbliżało — wszyscy mężczyźni i chłopacy cofnęli się do Gniezna, które dzielnie się broniło. Kobiety zostały w domu. Każdy myślał, że żołnierze kobietom nic złego nie zrobią. Tymczasem żołdacy dowiedziawszy się — krótko po wkroczeniu do wioski — że w naszym domu była urządzona wartownia — przyszli i matkę oraz dwie siostry — zastrzelili! — Nastąpiła chwila świętego milczenia! — Najstarsza 19, a młodsza 16 lat. — A kto zdradził, że u was była wartownia? — Koloniści niemieccy! "W połowie października przyprowadzono do więzienia kilku księży. W mojej celi też został ieden z nich umieszczony. Po kilku dniach zapytałem księdza, co go tu w więzieniu najwięcej przejęło? — Otóż wczoraj gdy wychodziliśmy na przechadzkę (przechadzki trwały około 20 minut), doskoczył do mnie na schodach młody chłopak, może 19-letni i bardzo zdenerwowanym głosem rzucił szybko: "Może mnie ksiądz wyspowiada. Proszę; dzisiaj wieczorem zabiorą mnie na rozstrzelanie."
— Powiedzieli ci, że będziesz rozstrzelany? — Tak! — Kiedy.— Dziś rano! — Ja cię bardzo chętnie,  kochany, wysłucham, ale musisz poprosić strażnika, żeby mi pozwolił przyjść cię wysłuchać. — Ja już prosiłem! — Dalej nie mogliśmy rozmawiać, gdyż strażnik głośnym krzykiem surowo nam zakazał
ze sobą mówić! — Był ten chłopiec jeszcze na przechadzce? "Nie, dziś już go nie widziałem! Już rozstrzelany. — Ciągle mam tego chłopca przed oczyma. Niemcy nie dopuścili polskiego księdza do biednego skazańca Polaka".


Biorę teraz obrazek z przejść dziennikarza polskiego z czasów napadu bolszewickiego. Mówi głosem równym, smutnym i wystraszonym: "Poczyna się smętny pochód w ciemnościach po zoranej roli. Nie mogę nadążyć na swoich nogach, potykam się. Z tyłu wartownik woła groźnie: "nie odstawaj!"

Pytanie w obliczu karabinów


"Stanęliśmy pod jakimś chutorem. — Pan jest urzędnik? — pyta oficer bolszewicki. — Nie! — Wszystko jedno — dosyć, że pan należy do klas uprzywilejowanych. Pytanko, że tak rzeknę, drastyczne w obliczu tych karabinów, trzymanych na 'gotuj broń." I tradycyjna "stienka" (ściana) stodoły przed nami jak się patrzy.
"Stawić pod 'stienku' — równoznaczne z rozstrzelaniem. Jednak okazuje się, że tym razem wygrałem na przynależności do warstw wyzyskiwaczy, bo mnie i doktora ulokowano wraz z oficerami na podłodze chaty, w której nasłano słomę, podczas kiedy żołnierze poszli do stodoły. Chłopka ukraińska, pociągając nosem z żałości, pozostawiła gładysz mleka zsiadłego. Był to jej naturalny odruch, nie nakazany przez bolszewików. Mleko odjęła od ust nie tyle sobie ile cielątku, któremu już nie miała co dać! Była na nasze usługi, przyszywała guziki, komuś coś przepierała. Błogosławieni ludzie prości, serca proste, które na całym szlaku szły z pomocą fali wygnańczej, nie pytając o narodowość i przynależność klasowa. Ci ludzie należą do jeszcze jednej międzynarodówki — do międzynarodówki serca. Powoli zasnęliśmy. Koło mnie niespokojnie przewracał się jakiś podpułkownik. Spał w długich butach.


"Świtaniem posłyszałem szlochanie w komórce, w której spała gospodyni. — Czego płaczecie, matko, czy boicie się o waszą ziemię? — Nie, nie boję się o ziemię, której mają trzy hektary, boję się o tego oto synka, wskazując konopiastą czuprynę śpiącego chłopca. — Przecie bolszewicy mu nic nie zrobią. — Bez Boga, uczyć będą, bez Boga — jęczy kobieta. Mój Bóg u mnie tu w sercu zostanie. Ale co zrobią z takim malcem? Jak "niedźwiedź" chować się będzie. Czysty niedźwiedź wyrośnie! — Przypominam sobie, że kiedy zwiedzałem Muzeum Bezbożnicze w Moskwie, pełne rewelacji na temat "oszukaństw popów, księży i rabinów" — znalazłem się sam na sam ze starą posługaczką, zamiatającą salę. Stara zbliżyła się do mnie, oglądając się lękliwie na wszystkie strony, przyłożyła wyschłą rękę do piersi i szeptała: — "A wiara — ona jest, ona tkwi mi wszystka tutaj!" Naprawdę, że ta starowina była uosobieniem nie tylko całego narodu rosyjskiego, ale całej ludzkości. Tak mimo prześladowań, ucisków i męczarni wiara — ona jest, ona tkwi wszystka w każdej duszy ludzkiej.

Wiadomości coraz czarniejsze


Przed kilku tygodniami spotkałem kapłana polskiego, który co dopiero powrócił z ziem zajętych przez najeźdźców. Wiadomości z Polski coraz to czarniejsze. Ludność bywa dziesiątkowana przez zimno, głód i choróbska zaraźliwe. Ludzie mrą bezradnie i bez pomocy! Każdy dziesiąty Polak już legł w grobie. Cały naród kona fizycznie!
Na Jasnej Górze, w klasztorze mieszkają urzędnicy niemieccy, wojskowi i cywilni. Ojcowie Paulini są w rękach okupanta niemieckiego, któremu są odpowiedzialni za wszystko. Jest on nawet obecny na każdym nabożeństwie; śledzi każdy krok i szpieguje wszystkich. Katedra częstochowska była używana na więzienia i kilkakrotnie zbeszczeszczona. Jednego dnia zgromadzono około osiemset więźniów, kazano im się położyć na ziemi i przez całą godzinę strzelano ponad ich głowami z karabinów maszynowych. Robiono to, aby przestraszyć, sterroryzować lud! Po tych przejściach kilku mężczyzn i kobiet dostało pomieszania zmysłów!
W mieście straszna bieda, nędza i głód. Jeśli jeszcze jest jaka żywność, bywa skupowana przez władze. Skupowana pozornie, ponieważ w zamian bywają dane karteczki, nic nie znaczące! Mimo to, jeszcze wśród naszego wychodźstwa są osobistości, które mają dóbr materialnych w bród, zachwycają się systemami pogańskich krzyżaków, którzy żyją, aby torturować, bić, mordować i tępić naród chrześcijański! Inni pozornie gorszą się opowiadaniami prawdy, a ponad wypadkami okrucieństw przechodzą spokojnie do porządku dziennego i mówią, że to jakoś będzie. Tacy to głazy i płazy, ale nie ludzie!


Przytaczam kilka ustępów z listu nadesłanego mi z Bukaresztu. Pisany byt 24 stycznia. Kiedy bawiłem w Rzymie w grudniu, prosiłem naszego Ojca Generała, aby raczył wysłać O. Mariana do Bukaresztu, aby tam prowadził robotę miłosierdzia wśród uchodźców. Odpowiedzialność finansową wziąłem na własne barki, ufając w Opatrzność i ludzi. O. Marian zawiązał szkółkę dla dzieci. Ta szkółka jednak jest zarazem stołówką, sierocińcem i przytułkiem. Działalność O. Mariana sięga dalej, jak możecie sami osądzić z tego co pisze. Posłuchajcie.

Przychodzili prosząc o pomoc

"Zgłaszało się już do mnie kilkunastu Polaków z różnych obozów, prosząc o pomoc dla dzieci, albo dla chorych, którzy się znajdują w ośrodkach. Pewna Polka, żona oficera, powiła bliźnięta. Mąż wyjechał do Francji. Ona została. Odżywia się bardzo źle, a więc cóż się stanie z bliżniątkami, bo pieniędzy nie ma. Czy mogę się spodziewać pomocy dla niej i dzieci maleńkich?
"W ubiegłą niedzielę ochrzciłem dwie dziewczynki w Bukareszcie: sześcioletnia Lidię-Ilonkę i trzyletnią Irenę-Marię. Są tu córeczki pewnego inżyniera w Poznaniu. Nie były ochrzczone w Polsce, gdyż ojcowie chrzestni nie mieli czasu razem zjechać się. Rodzice przechodzili przez granicę rumuńską w październiku z tymi nieochrzczonymi dziećmi. Z Zaleszczyk nocą przedostawali się w bród przez Dniestr na drugą stronę. Ojciec niósł starszą dziewczynkę, matka — młodszą.

Bolszewicka straż dojrzała ich

"Zza chmur wyszedł księżyc i graniczna straż bolszewicka dojrzała ich. Bolszewik strzelił dwa razy. Jednak nie trafi! Rodzice przypisują to modlitwom dzieci niewinnych, którym kazali odmawiać Zdrowaśki. Na drugim brzegu czekała na nich straż graniczna, i zabrała ich, nakarmiła, przenocowała.
"Obecnie siedzą w Bukareszcie. Dzieci chodzą do polskiej szkółki. Jednak, ponieważ tutaj w Bukareszcie nie otrzymuje się wcale "lejówek," więc zaczyna u nich być bardzo źle! W bukareszteńskim przytułku dla dziadów i włóczęgów, w którym panuje brud nie do opisania, znaleźliśmy kilku polskich uchodźców. Za pięć "lei" (jeden cent amerykański) otrzymują nocleg; na podłodze sali nieco ogrzanej, w warunkach higienicznych jednak najgorszych.
"Od paru dni przebywa tu, w Bukareszcie, jedna Polka, żona polskiego oficera. Smutna jest jej historia. Gdy w Ursiceni zaaresztowali Rumuni wszystkich mężczyzn uchodźców i wywieźli do Kocisani — dostała biedna kobieta obłędu. Zaczęła biegać po mieście i dopytywać się, gdzie jest jej mieszkanie, bo go nie może znaleźć! Przywieziono ją do Bukaresztu. Dzieci są na opiece Bożej. Na razie umieściliśmy je w szkole św. Małgorzaty, niedaleko od naszego szpitala. W dodatku jeszcze jedna mała dziewczynka została sama, samiuteńka, bo jej ojca razem z wszystkimi innymi zabrali.
"Gdy go odprowadzano na kolej, pod eskortą wojskową uczepiła się płaszcza jego i krzyczała przeraźliwie: "Tatusiu, kochany i drogi mój Tatusiu, nie odchodź, ale zabierz mnie ze sobą!" — Jeden z żołnierzy rumuńskich uderzył to biedactwo kolbą od karabinu, aż się wywróciła! — Takich biednych ludzi opuszczonych jest tu dużo. Trzeba im pomagać w miarę sił i możności!"
Chyba do tej prośby z dalekiej Rumunii zbytecznym byłoby z mej strony robić jakie dalsze uwagi, nieprawdaż? Drodzy radiosłuchacze, może teraz zrozumiecie nie tylko potrzebę ofiar, ale i obowiązek każdego jednego z nas, aby śpieszyć z pomocą tym, którym ta pomoc jest tak niezbędnie potrzebna i od której pomocy zależy życie albo śmierć.

"Pochowaliśmy tu dzisiaj w Ursiceni, w Rumunii, polskiego żołnierza-lotnika, Edwarda Ciszaka, lat 28. Umarł na zapalenie płuc. Jak wszyscy tutaj polscy żołnierze, nie miał ciepłego ubrania. Mimo pomocy przeróżnych komitetów, buty miał zupełnie podarte, bluzę lotniczą, a pod nią tylko koszulę i szkaplerz! Przemoczył nogi, bo stał dłuższy czas w ogonku na mroźnym wichrze. Przyszedł do domu z silną gorączka. Nie leczył go nikt, bo pieniędzy przecież nie było.

Lekarzy nie pozostawili


"Lekarzy polskich wojskowych Rumuni wywieźli poprzednio do innego obozu i mimo próśb pozostałej grupy, nie chcieli i nie zostawili ani jednego polskiego lekarza. Gdy Ks. Bober przyjechał na pogrzeb, trumna nie była jeszcze gotowa! Leżał lotnik Ciszek na pryczy z desek, siny, nieogolony, wynędzniały, w swych starych, podartych butach, które mu śmierć sprowadziły! Jakieś bezokreślonego koloru skarpetki naciągnięto na nogawice wyszarzałych i poprzecieranych zielonych spodni wojskowych — w niebieskiej lotniczej bluzie — skamieniałe suche ręce złożone na piersiach! Jego żona z dwojgiem małych dzieci w Dąbrowie Górniczej!


"Jakie były jego ostatnie chwile? Czy w ostatniej świadomości przedśmiertelnej, gdy umierał bez księdza, z dala od swej rodziny, na obcej, ach jakże obcej ziemi, gdy nikogo nie było przy nim, bo jego kolegów aresztowano w przeddzień i wywieziono do Comisani, czy wtenczas dusza jego nie wyrywała się beznadziejnie do rodziny, do dalekiej Ojczyzny, czy nie rwały się w niej wszystkie uczucia? Czy nie cisnął się na spieczone wargi jęk błagalny, jęk najgłębszej krzywdy, jaką wyrządzono temu młodemu życiu?

"Przyniesiono wreszcie darmową trumnę, zbitą z czterech nieheblowanych desek i przełożono skostniałe członki polskiego lotnika. Na cmentarz poszli tylko Polacy. Ani jeden Rumun nie wziął udziału w pogrzebie. Pochowano go w dole wykopanym na cmentarzu prawosławnym, bo katolickiego tu nie ma. Krzyża nie było, więc zbili ludzie z dwu cienkich desek znak zbawienia; piórem wypisano na sosnowej deszczułce: śp. Edward Ciszek, żołnierz polski, zmarł w 28 roku życia.
"Jest to symbol naszego opuszczenia, wygnania, naszej nędzy i strasznej krzywdy, jaka stała się narodowi polskiemu! Na obcej ziemi, bez kapłana katolickiego, bez twarzy swych bliskich i krewnych, wśród obcych ludzi, nie pielęgnowany i nie leczony, naród polski tuła się po obcych i ginie wśród obcych. Ginie również na odwiecznej polskiej ziemi, deptany butem bezbożnego butnego najeźdźcy, jak robak ziemny, z nędzy, głodu, zimna, bity i katowany, mordowany i niszczony, bez żadnego słowa pociechy, bez żadnego ludzkiego współczucia!" Tu bez najmniejszych komentarzy, stawiam wykrzyknik!


W roku 1915 Komitet Generalny Pomocy dla Ofiar Wojny w Polsce rozesłał w tłumaczeniach na różne języki do redakcji pism europejskich odezwę zatytułowaną: "Do Ludów Ucywilizowanych." Przytaczam ją dosłownie, bo uważam ja dziś na czasie. Oto tekst:
"Wojna największa w dziejach i straszliwe zniszczenie — oto dwa złe duchy, które władną dziś światem. Giną setki tysięcy żołnierzy od kul i bagnetów, a miliony bezbronnych ludzi z nędzy i głodu. Krwawym pobojowiskiem stały się szczególnie dwa kraje, niegdyś hojne żywicielki narodów, w nich zamieszkałych, dziś zmienione w głuchą pustynię. To Polska i Belgia! Ale Belgii przyszedł już słusznie świat z pomocą. Obecnie wzywa jej moja ojczyzna. Siedmkroć razy większa przestrzeń, niż królestwo bohatera Alberta, została zdeptana w Polsce żelazną stopą wojny. Miecz wytoczył w nieszczęsnej ziemi rzeki krwi, gdyż synowie jej zmuszeni są walczyć w trzech sobie wrogich wojskach.


Upiór głodu roztoczył skrzydła

"Pożoga zniszczyła miasta i wsie. Ustała praca ludzka — i nad olbrzymią krainą, od Niemna do Karpat, roztoczył skrzydła upiór głodu. Robotnik nie pracuje, gdyż nie ma już w Polsce fabryk; pługi rdzewieją bezczynnie, albowiem wieśniakowi zabrano inwentarz i ziarno na zasiew; kupiec w większości miast nie sprzedaje towaru, ponieważ nikt nie ma za co go nabyć.
"Starcom i kobietom brak wśród srogiej zimy dachu nad głową. Rozszerzyły się choroby; pogasły domowe ogniska, a gdy dzieci wyciągają wychudłe ręce do matek z prośbą o kawałek chleba — matki odpowiadają im tylko łzami. I takich zgłodniałych i łaknących pomocy — słuchajcie chrześcijańskie ludy! — są miliony i miliony! Lecz czy Polska ma prawo do waszej pomocy? Ma je w imię miłości bliźniego każdy naród, a tym bardziej polski, który po rozdarciu ojczyzny nie ugiął się pod przemocą, nie zaparł się swego imienia i wykazał tak wielką siłę życia, że zatrata musiała się cofnąć przed nią!
"Ma je ze względu na swą przeszłość dziejową, albowiem przez długie wieki był przedmurzem chrześcijaństwa w walce z półksiężycem — tarczą cywilizacji i obroną uciśnionych. Imiona Sobieskiego, Kościuszki i księcia Józefa Poniatowskiego tkwią w pamięci ludzkiej i pozostaną w niej na wieki. Drzwi naszej ojczyzny otwarte były zawsze dla ofiar wszelkiego prześladowania. Gdziekolwiek wrzała walka o wolność, płynęła nasza krew; gdziekolwiek kieski elementarne wtrącały w nędzę ludzi, płynął i nasz grosz. W chórze narodów nie brakło nigdy naszego głosu, który brzmiał zawsze podniośle.
"W cywilizacyjnym dorobku nie brakło naszych imion, naszej pracy, naszej myśli, naszej siły twórczej. Więc w imię tego udziału w życiu ludzkości, w imię praw, jakie ów udział daje, w imię nauki Chrystusowej, w imię cierpień dawnych i obecnych, zwracam się do was, ucywilizowane narody, i wzywam dla mojego narodu — waszej pomocy. Niech dźwigają się z gruzów polskie miasta i wsie. Niech chłopu polskiemu nie zabraknie sił do ujęcia pługa, ni ziarna na obsianie gleby; niech serce polskie dozna innych uczuć prócz bólu, niech głos polski przestanie być tylko jękiem powszechnym. Niech matki polskie potrafią dać dzieciom coś więcej prócz łez. Chleba i dachu dla polskiego ludu, by mógł doczekać się wiosny odrodzenia!"


Do tej znamiennej odezwy dorzucam krótką prośbę błagalną: W imię Chrystusa pomagajmy wedle naszej możebności cierpiącym i ratujmy ich od śmierci głodowej!