LISTY MAŁYCH TUŁACZY - pogadanka o. Justyna z 14.04.1940 r.

W piątek, dnia 29-go marca, otrzymałem gruby, bardzo gruby  list z Rumunii. Zawierał fotografie polskich dzieci  z różnych osiedli  rumuńskich wraz z liścikami tych sierotek polskich do dzieci polskich w Stanach Zjednoczonych, fotografie będą umieszczone prędzej czy później w "Dzienniku dla Wszystkich" i w "Nowinach Polskich."
Zacny O. Marian Wójcik pisze tak: "Wysyłam trochę wiadomości o miastach polskich. Nie zdążyłem poprawić maszynopisu, gdyż spieszę się na pociąg. Wyjeżdżam do Czerniowiec na kilka dni. Załączam również listy polskich dzieci i ich fotografie. Dzieci te uczą się bardzo dobrze. Mają swych tatusiów albo w niewoli niemieckiej albo na froncie niemieckim. Pomagam im w imieniu Ojca Justuna, o ile mogę. Czy to nie święta robota tu, dla naszych dzieci, na obcej ziemi? Zimę przetrzymały dobrze. Niewiele z nich chorowało. Dzieci z prawdziwą serdeczną uciechą zabrały się do pisania listów do dzieci w Ameryce. Sądziłem, że to będzie najlepsza forma listu, gdy dzieci same napiszą. Listy te były pisane bez poprawek nauczycielki. Nauczycielki tylko doglądnęły, by nie było błędów ortograficznych i kleksów. Dzieci te prowadzą się bardzo dobrze. Zachodzę do nich często. Zawsze im coś przyniosę jako podarunek od tego Ojca Justyna z Ameryki. Pan Bóg będzie musiał być dobrym dla Ojca, bo z pewnością wysłucha modlitw tych naszych dzieci niewinnych. Fotografie zrobiłem i załączam. Dziękujemy wszyscy razem za pomoc!"
Boże, mój Boże, człowiekowi łzy w oczach stają kiedy pomyśli, że nie można więcej zrobić dla tych biednych, bezradnych i najniewinniejszych ofiar brutalnych najeźdźców! Bóg sprawiedliwy z pewnością wysłucha skarg i zażaleń z ust niewinnych dziatek płynących i przyśpieszy dzień wymiaru odwiecznej sprawiedliwości!

LISTY MAŁYCH TUŁACZY

Bukareszt, 12 marca, 1940. "Kochane Dzieci Polskie w Ameryce:
"Nie znamy was — ale jesteście tak samo Polakami, jak my — i dlatego do Was piszemy. Jesteśmy teraz z dala od Ojczyzny i korzystamy z opieki gościnnej ziemi rumuńskiej. Wierzymy jednak, że wrócimy wszyscy do Polski wolnej, ażeby dla niej pracować! Teraz chodzimy tutaj w Bukareszcie do polskiej szkoły, aby nie tracić roku szkolnego. Część dzieci, które mieszkały z nami w Pawilonie, wyjechała już do Algieru, a na ich miejsce przybyły inne z różnych miast Rumunii, gdzie są obozy polskie. Posyłamy Wam nasze fotografie i bardzo byśmy się ucieszyli Waszymi fotografiami. Zasyłamy Wam, Kochani Rodacy, wiele serdecznych pozdrowień i szczerych podziękowań za ratowanie nas od nędzy i głodu. Za odzież, za buciki, za chleb, niech Wam Bóg wynagrodzi, bo się za Was, naszych dobrodziejów, codziennie modlimy! Nasz adres jest taki: "Leaganul St. Ecaterina, strada Averescu 337 — Bucuresti, Romania." — Pod listem widnieją następujące pod pisy: "L. Zborowski, Roman Huszczo, Wojtek Armidewski, Rafał Zamorski, Irka Dechnikówna, Jurek Kolkiewicz, Maria Kamienobrehta, Kazik Świderski, Lusia Dechnikówna, Wojtuś Czerwonka i Elżunia Kallenbachówna."
Już teraz widzę przed sobą tysiące naszych dzieci szkolnych, które wpatrzone chciwie w radiowe aparaty, czekają niecierpliwie, abym im powiedział co mogą i co powinny zrobić. Proszę o cierpliwe wysłuchanie całego programu. Przy końcu, zanim odejdę od mikrofonu, rzucę wam kilka myśli praktycznych i usłyszycie co wam poradzę i czego się od was spodziewają ci mali tułacze, którzy są albo bez taty, albo bez mamy, z dala od domu, na łasce Opatrzności i dobrych ludzi!

Dzieci  dziękują za pomoc

Drugi liścik: "Kochane Koleżanki: Przysyłam Wam fotografię szkolną. Ja chodzę do szkoły polskiej, do czwartej klasy powszechnej. Do Rumunii przyjechałam przy końcu września 1939 roku. W Polsce zostawiłam pięć cioć, babcię i prababcię. Mamusia umarła przed wojną na dwa tygodnie. Ja jestem z babcią i tatusiem w Rumunii. Odpiszcie nam. Ja mieszkam w Bukareszcie w domu dla Polaków. Oprócz nas są tu też dzieci z przedszkola. Mój tatuś mieszkał w Polsce, w Krakowie, a mnie posyłał dla klasztoru Sióstr Niepokalanek w Niżniowie pod Stanisławowem. Gdybyście nam nie przysłali pomocy, kto wie jak bylibyśmy byli przetrzymali te okrutne mrozy. Bóg Wam za to wynagrodzi, bo o to Boga prosimy w naszych modlitwach. Całuje Was mocno i pozdrówcie wszystkich Polaków od nas.
Elżunia Kallenbachówna."

Trzeci list: "Kochane Koleżanki: Przysyłam serdeczne życzenia ode mnie. Ja chodzę do trzeciej klasy powszechnej. Do Rumunii przyjechałam we wrześniu. W Polsce zostawiłam babcię, dziadka, wujka, stryjka i ciocię. Mamusia jest w szpitalu, a tatuś pojechał. W Polsce mieszkałam w Brześciu nad Bugiem. Jest tu bardzo wiele dzieci, nawet za młodych do szkoły. My pamiętamy w modlitwach o Was, boście nam pokazali bardzo wiele serca. Za waszą pomocą mamy polską szkołę i to ogrzewaną. Pozdrawiam wszystkich w Ameryce i całuje,
Lusia Dechnikówna

Czwarty pisze tak: "Kochani Koledzy: Ja chodzę do szkoły, do klasy trzeciej, mam dziewiąty rok. Mieszkałem w Warszawie. Przeszedłem granicę dnia 18-go września 1939 wieczorem; przyjechałem do Bukaresztu dnia 25-go września, też wieczorem. Biedna mamusia została w Polsce, w Zakopanem. W Warszawie chodziłem do szkoły wojskowej. Pisze do Was, bo nasza nauczycielka opowiadała nam ile pomocy wysłaliście nam wszystkim w Rumunii. Chcemy Was zapewnić, że my dzieci, na razie, możemy Wam się odwdzięczyć tylko naszymi modlitwami. Proszę Was odpiszcie mi na mój list. Pozdrawiam Was i wszystkie dzieci w Ameryce.
Roman Huszczo

Dzieci się modlą o Polskę

Piąty: "Kochany Kolego: Przyjechałem do Rumunii 17-go października. Jestem w Bukareszcie. Chodzę do piątej klasy. Przy szkole mamy duży ogród pełen śniegu. Mieszkam z bratem. Smutno nam jest. Dzieci rumuńskie chodzą do szkoły w uniformach harcerskich, a my, dzieci polskie, tak jak się da, bo jesteśmy daleko od naszego kraju. Ja zbieram znaczki pocztowe. Modlimy się za Was i za naszą Ojczyznę, abyśmy mógli tam powrócić prędko. Pozdrawiam Was wszystkich zuchowskim: Czuj!
Mały Rafał Zamorski"

Szósty: "Kochani Koledzy: Przyjechałem do Rumunii l-go października 1939 z Gdyni. Chodzę tu do polskiej szkoły w Bukareszcie, do czwartej klasy. Nasza szkoła jest pod imieniem św. Andrzeja Boboli. Przy szkole mamy ogród, w którym wybudowaliśmy wielki fort. Jestem tu z moja dobrą mamusią. Tatuś odjechał niedawno do Włoch. Ja tu zbieram znaczki i chciałbym mieć jak najwięcej. Zawsze przed nauką i po lekcjach mówimy modlitwy za was, boście nam pomagali. Pozdrawiam i całuję Was serdecznie.
Leszek Zborowski"
Teraz taki: "Kochane Koleżanki: Chodzę do szkoły w Bukareszcie i uczę się rachunków i polskiego. Czasami jestem na religii. Nie zawsze, bo jestem jeszcze za mała. Paciorki jednak mówię co dzień. Mamusia każe mi się modlić za rodaków w Ameryce, aby Pan Bóg im błogosławił za to, że nam pomagają. Tatusia zostawiliśmy w polskim grobie. Pozdrawiam Was serdecznie.
Maleńka Maria Teresa."

Pyta się gdzie Tatuś

Jeszcze: "Kochany Kolego: Ja mieszkam w Bukareszcie wpawilonie, gdzie są Polacy. We wrześniu  1939 przeszedłemngranice. W Polsce mieszkałem w mieście Dąbrowie Górniczej. Tam zostawiłem babcię na wsi i dziadziusia. Wujka mam na Węgrzech. Jestem z mamusią i z bratem. Gdzie tatuś? Pozdrawiam i ściskam serdecznie. J. K."

I jeszcze: "Kochany Kolego: Ja chodzę do pierwszej klasy w szkole polskiej w Bukareszcie. Jestem tutaj z mamusią i małym braciszkiem. Proszę cię napisz do mnie. Ściskam cię i całuje. W. C."

Albo: "Kochany Kolego: Ja jestem w Rumunii w Bukareszcie. Chodzę do polskiej szkoły powszechnej do 3 klasy. Ja mieszkałem w Katowicach na Górnym Śląsku. W naszej
klasie jest nas jedenastu. Ja przeszedłem granice z l-go na 2-go grudnia. Było nam bardzo zimno, bo nie mieliśmy ciepłej odzieży. Dopiero w Bukareszcie dali nam ciepłą bieliznę. Mówiono nam, że ta odzież była przysłana przez naszych rodaków. Dlatego my wszyscy modlimy się za Was. Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich i całujemy wszystkich. W. M."

Jeszcze: "Kochane Koleżanki i Koledzy: Ja chodzę do drugiej klasy. Jesteśmy tu nie tylko dzieci ze szkoły ale jeszcze małe. Ja zostawiłam w Polsce babcie, dziadka i ciocie w Warszawie. Ja chodziłam w Polsce do pierwszej klasy. Moja szkoła w Polsce nazywa się "Królowa Jadwiga." Ja jestem tu ze starszą siostrzyczką i zbieram znaczki. Przyjechałam do Rumunii we wrześniu. W naszej Polsce mieszkałam w Brześciu nad Bugiem i w Trałgutowie. Pozdrawiam Was i całuje.
Irka D."

Niejeden ze słuchaczy i niejedna ze słuchaczek z pewnością dziwią się, czemu czytam im te listy małych uchodźców, którzy zmuszeni są tułać się poza krajem ojczystym, często bez ojca lub matki, nierzadko bez ojca i bez matki, wyrzuceni rękoma zbrodniczych i okrutnych krzyżaków i barbarzyńskich potomków dzikich Azjatów i podłych Mongołów?
Pragnę, abyście z jednej strony poznali arcykulturę pruskich nadludzi, którzy depczą prawa Boże — łamią prawa naturalne i szydzą sobie z wszelkich zasad moralności świata cywilizowanego; abyście zrozumieli zasady i naukę tyranów systemu komunisytcznego, którzy bez względu na stan lub wiek znęcają się nad ofiarami nawet najbezbronniejszymi; abyście raz na zawsze spamiętali sobie, że tak system neopogański jak system bezbożniczy, to wymysły jakichś szatanów wcielonych, których celem jest zmiażdżyć Boga — zniszczyć wiarę i wybić narody chrześcijańskie, a w szczególności wytępić co do głowy i wyeksterminować co do nogi narodowość polską! Czy nie dlatego ludność zgłodzoną, znędzniałą, schorzałą wyrzucają z domów, pędzą w pola otwarte i w lasy spustoszałe? Jeśli nie, to dlaczego wyrzucają na mrozy i zimna młode matki z nowonarodzonymi dziećmi ? Jeśli nie, to dlaczego wywożą młode kobiety i dziewczęta w sfery wojskowe? Jeśli nie, to czemu systematycznie wypładniają młodzież polską? Jeśli nie, to na miłość Chrystusa, dlaczego bezlitośnie mordują dzieci w łonach matek i niemowlęta jeszcze w kolebkach? Poznajcie potomków zdziczałych hord starożytnych szczepów germańskich i mongolskich, którzy rozwścieczeni stąpają po trupach niewiniątek i tarzają się w krwi ludzkiej i bezczelnie i cynicznie plują w twarz całemu chrześcijaństwu i cywilizacji! Czy świat im to zapomni? Czy świat im przepuści? Czy świat im daruje te zbrodnie domagające się sprawiedliwości nie tylko Boskiej, ale i naturalnej i ludzkiej?

Ofiary nie idą, na marne

Z drugiej strony czytałem wam te listy, abyście dowiedzieli się, że wasza pomoc i wasze ofiary nie idą na marne; że uchodźcy korzystają z waszych ofiar w materiałach i monecie; że przyczyniacie się w ratowaniu uchodźców od głodu, chorób i śmierci; wreszcie że nieszczęśliwcy oceniają dobroć serc waszych, są wam wdzięczni i modlą się za was! A więc nie ustawajcie w tej pracy miłosierdzia, pomocy i ratunku.

No, teraz zwracam się do naszych dzieci szkolnych. Dzieci kochane! Wy macie przy sobie dobrych rodziców, którzy o was się troszczą, o was dbają i wami się opiekują. Tam, za morzem, tysiące dzieci polskich, daremnie szukają swych ojców i matek! Rozrzucone po krajach, po miastach, po wioskach! Gdzie ich ojcowie? gdzie ich matki? W obozach, w więzieniach, na tułaczce, może w grobie! Ręce ojcowskie ich nie tulą, usta matczyne ich nie ucatują! Nie ma kto by im łzy otarł, nie ma kto by do serca przycisnął, nie ma kto by je pocieszył! Biedactwo na łasce Opatrzności i dobrych ludzi!
Ci mali i młodzi tułacze wyciągają do was, dzieci naszych, swe ręce, otwierają swe usta i proszą was o pamięć i w zamian obiecują wam swoje modlitwy. Proszą was, abyście do nich pisały listy, nic więcej! I ja dorzucam moją prośbę! Dzieciom, które w tym tygodniu napiszą do mnie, chętnie będą wysłane adresy tych małych tułaczy. Napiszcie do nich po waszemu, mianowicie, o waszych dobrych rodzicach, gdzie chodzicie do szkoły, itd. Odpowiedzi na wasze liściki będą skierowane do mnie. Przeczytam je na jednym z programów radiowych albo kopię zaślę wam, pocztą! Proszę was, w waszych listach nie wysyłajcie pieniędzy, ponieważ w drodze zaginą. Ja mam sposób przesyłki. Mogę was zapewnić, że wasza pomoc oddana będzie w ręce małych tułacząt! A więc sprawę składam w ręce naszych dobrych dzieci, każdej dziewczynki i każdego chłopaczka. Jako pośrednik i orędownik polskich dzieci w Rumunii, już dziś w ich imieniu dziękuję wam i mówię: Bóg wam zapłać!

Mam przed sobą list z 27-go marca. Posłuchajcie: "Mój drogi Ojcze Justyn: Mam sześć lat. Jestem sierotą. Tata i mama umarli jak byłam w kolebce. Moja babcia jednak nigdy mi nic nie odmówiła! Zawsze dała mi co najlepsze. Żal mi polskich dzieci, które nie mają tego co ja mam tutaj. Przysyłam dolara dla polskich sierotek na jajka i cukierki. Co dzień modlę się za polskie dzieci! — B. J. U. z Buffalo."

Dar odesłany sierotkom

Kochana Moja Malusieńka Sierotko: Twój dar wielkanocny razem z innymi był odesłany sierotkom i tułaczom w Rumunii. Przydał się na zakupno sukienki, bucików i chlebuszka. Nie wiem czy starczyło na jajko i cukierki! Jednak wiem, że te dzieci pomodlą się za ciebie i Bóg ci ten uczynek miłosierdzia wynagrodzi.
Nie chcę nadużywać waszej cierpliwości, może jednak zainteresuje was list następujący: "Drogi Ojcze Justyn: Ja też tak samo jak wiele tysięcy innych odczuwam cierpienia Polski i Polaków! Moje opowiadanie jest krótkie i szczere. Pięć lat temu dostałam wiadomość od mego jedynego brata w Lublinie, że moja matka pomarła. Chorowała przez 12 lat. Reumatyzm zmienił ją w kalekę bezczynną. Zamknęła oczy w spokoju, odmawiając modlitwę Pańską: Ojcze Nasz! Ten cios bolał mnie.
W dodatku, teraz serce się krwawi co do losu mojego ojca i brata. Brat poszedł do wojska pierwszego września. Od wtenczas nie mam o nim żadnej wiadomości.
O moim Ojcu — Bóg jedynie wie gdzie jest. Był to człowiek bogobojny, pracowity, który wytężał swe starania, aby utrzymać to, co posiadał i aby okryć i wyżywić pięcioro dzieci! Dwukrotnie był w Stanach Zjednoczonych. Pierwszy raz jednak mu nie sprzyjało! Zawiedzony i zniechęcony powrócił w 1905. Przyjechał jak wielu innych za chlebem. Drugi przyjazd w 1908 r. miał odwrotne skutki! Dzięki własnym staraniom, zacnym przymiotom i pomocy serdecznych przyjaciół, rząd federalny ofiarował mu dom i dobrze płatną robotę. Zdawało się, że był zadowolony, a jednak oferty nie przyjął. Przez cały miesiąc rozmyśliwał sprawę. Ja już wtenczas byłam w Ameryce. Miałam wówczas 16 lat. Przyszedł do mnie mówiąc że zrobił decyzję. "Helcia, powracam do Polski w tygodniu. Odrzuciłem ofertę rządu. Długo rozważałem propozycję i zadecydowałem jej nie przyjąć!" Spojrzał na mnie temi dużymi i smutnymi oczami polskimi. Ja słuchałam w milczeniu.
"Chociaż boli mnie, że musze opuszczać te wielkie Stany Zjednoczone i pominąć tę nadzwyczajną okazję mi ofiarowaną, więcej ubolewałbym nad musowym opuszczeniem Polski. Nigdy nie byłbym szczęśliwym tu wśród obcych twarzy. Nie mógłbym żyć z dala od mej chaty, od mej roli, od moich drzew, od mojej polskiej ziemi!" Oczy mu zaszły łzami i zaczęły kulać się po rozpalonych licach. "Helciu" - ciągnął dalej - gdybym miał umrzeć tu na obcej ziemi, moja dusza by nie zaznała spokoju, a ciało moje byłoby zgubione wśród mi obcych. Powrócę do Polski; muszę powrócić do Polski, do mej ziemi ukochanej! Urodziłem się w Polsce. W Polsce chcę żyć i umierać. Ja jestem Polską i Polska jest mną! Przebacz mi, lecz moją Ojczyznę kocham więcej!" Wyjechał na jesień w 1914. Nie widziałam go już więcej! Upłynęły już lata od tego czasu, a jednak tych chwil nie mogę zapomnieć. W czasach obecnych smutnych i bolesnych słowa mojego ojca szumią i dzwonią w uszach moich! Moje serce woła i prosi: - Ojcze, mój Ojcze ukochany, gdzie teraz jesteś Ojcze mój, czy żyjesz? Czyś zdrów? Czyś głodny? Cóż tobie zrobili? Czemu nie piszesz?"

Czy można o nich zapomnieć?

Tysiące i tysiące naszych dzieci, tak na ziemiach zajętych jak rozrzuconych po ziemiach obcych, w tej właśnie chwili, kiedy do was przemawiam narzekają i uskarżają się w ten sam bolesny sposób. Czy o nich możemy zapomnieć? Czy wolno nam zapomnieć? Ode mnie, od ciebie, od nas wszystkich zależy odpowiedź. Jaka ona będzie? Czy ta chrześcijańskiego miłosierdzia i litości, czy też ta pogańskich zasad i bezbożnej nauki? Na znaku zapytania — na dziś, kończę!