MARYJO, UZDRÓW MNIE! - pogadanka o. Justyna z 28.04.1940 r.

Dzisiejszy program, dwudziesty szósty, zamyka serię audycji Godziny Różańcowej na ten sezon. Mimo licznych i natarczywych próśb i nalegań, aby w obecnym czasie dziejowvm i przełomowym nie przerywać nadawania tych programów, zmuszony jestem chwilowo zawiesić pracę radiową, jeśli nie do jesieni, to przynajmniej na kilka miesięcy. Dobrych chęci mi nie brakuje. Wierzę, że Bóg by mi dopomógł i słuchacze by ofiarnie wspomagali, ale siły jakoś w ostatnich kilku miesiącach nie dopisują.

Podróżowanie po krajach bałkańskich podcięło mi nogi. Sceny, na które musiałem patrzeć, stargały poniekąd nerwy. Osiedla i obozy uchodźców z biedą i nędzą, z chorobami i śmiercią, z rozterkami, niepewnościami, nierzadko graniczącymi z rozpaczą, jeszcze przesuwają się przed oczyma wyobraźni. Widzę tlumy tułaczy, żołnierzy i cywilów; widzę kobiety i dzieci, twarze zamyślone, zasmucone, widzę zmizerniałych, niedokarmionych, nieodpowiednio i niedostatecznie odzianych: widzę schorzałych, konających, umierających.

Słucham opowiadań nalotów, bombardowań, morderstw, wysiedlania, wywożenia do obozów, zamykania do więzień, katowania, znęcania, wieszania i wystrzeliwania! O tym wszystkim myślę, marzę i śnię. Zdaje mi się, że przez te tysiące tułaczy wyciągają do mnie ręce inne miliony; te miliony na ziemiach tymczasowo zagrabionych i z płaczem proszą, błagają o pomoc, o ratunek, o obronę. A tymczasem ja jestem tak mały, tak słaby i tak bezradny! Gdybym tylko mógł czego bym nie zrobił, aby ratować od nędzy i głodu ten nasz lud poczciwy i zacny, który tak cierpieć musi, bo odważył się stanąć w obronie Boga, wiary i kultury chrześcijańskiej! No, na to wszystko myśli się mąca — serce z bólu skowyczy, nerwy się zarywają, dusza popłakuje! Trzeba jednak się zaciąć. Nie wolno pod krzyżem upaść. Dźwigać go trzeba. Bombardować do Boga, pukać do ludzi. Bić w sumienia, w serca, w dusze! Może wtenczas, nie, nie może, ale z pewnością zbudzą się sumienia, zagrzeją się serca, rozpalą się dusze ogniem chrześcijańskiej miłości, miłosierdzia i szlachetności!

MARYJO, UZDRÓW MNIE!

Władysław Reymont zostawił nam cudowny szkic. Jest to opis pielgrzymki na Jasną Górę! Posłuchajcie: "Wychodzimy na jakieś prawdziwe górskie drożynki i słonce wschodzi, ale tonie natychmiast we mgle i tylko ją lekko zapurpurza. "Ścieżki" są strome i pełne ostrych kamieni. Okolica górzysta, widać nad mgłami łyse szczyty. Idziemy tak prędko, że wszystkie piersi rzęzą, a na każdym szczycie i wyniosłości wszystkie oczy zanurzają się we mgle. Niespokojne, gorące spojrzenia szukają w tumanach szarawych konturów wieży częstochowskiej. Przystają i z wyciągniętymi głowami stoją chwilę. Nic nie widać, cały świat zdaje się być zatopiony w tej ruchomej masie!

"Naraz, jakiś dziwny dreszcz przeleciał po tłumie. Słońce podniosło się ponad mgły i w dali wprost nas, zarysował się cień niby majak wyniosły, i zapadł, bo mgły jakby uderzone siłą światła, zakłębiły się i jak puchy wyległy rozstrzępione, znów zakrywając wszystko. Niby jęk zawodu zaszemtał i zwolna jakby się zawiązała cicha i zawzięta walka pomiędzy tłumem a mgłami! Rozpalone spojrzenia, o krwawym blasku zmęczenia, tętna przyspieszone, wszystkie czucia spotęgowane, wszystkie głosy o chrapliwym z natężenia brzmieniu, łączyły się i płynęły strumieniem ognia, wsączały się w te mgły i jakby sie wypijały, że stawały się coraz rzadsze.

"Ten dreszcz, przenikający co chwila, tak oślepiał i obezwładniał, że darli się wprost naprzód. Krwawych pięt na ziemi i kamieniach było coraz więcej, ale szli bez uwagi na ból, na krew płynącą z nóg — znajdowali siłę! Na przeprośnej Górce zatrzymaliśmy się. Bracia niektórzy wystąpili z ostatnimi przemówieniami. Zaczęły się szepty oczyszczań jednych przed drugimi. Głos przemowy brzmiał głucho we mgle, ale nikt prawie nie słuchał. Wszyscy mieli uszy, oczy i serca gdzie indziej!
"Zbiegliśmy prawie z tego stromego bardzo wzgórza i znowu ten dreszcz denerwujący. Słońce podniosło się i ten majak wieży, odbicie pewnie, jakby się oderwał od podstaw i unosił przez chwilę nad oparami i chwiał, połyskując szczytami, aż go nowa i ostatnia fala mgieł przysłoniła! Stanęliśmy wreszcie na ostatnim wzgórzu i stali wpatrzeni, jak te tumany ściągały się jakimiś warstwami, jak szły skłębione i podarte w gorę, aż przestrzeń czysta została i wszystkie oczy uderzyły się o tę góre z wieżą na szczycie! — Maryjo! — buchnęło jak płomień z tysięcy piersi i ciała ludzkie runęły na ziemię z krzykiem radości. Widok ten niby orkan rzucił te wszystkie głowy w proch! — Matko! — wołały głosy zduszone radością i uniesieniem i zaczęły płynąć łzy rozradowania, a oczy promienieć miłością! Wszyscy się trzęśli w łkaniu, co serce rozsadzało, i nie było ani jednej duszy, ani jednej woli, co by nie leżała w zachwycie łzawym! I ten płacz tak się podnosił, że przechodził w jęk, w ryk prawie. Zalewał mózgi i serca i stapiał wszystkich w jedna bryłę, drgającą w łkaniu, w czucie jedno: wyrwał ze wszystkich serc — smutki, bóle, całą gorycz istnienia, wszystkie twarde nędze, wszystko co przecierpiał - i płynął do stóp Tej, którą każde serce widziało, do stóp Dobra i Pocieszenia!

"I ta głęboka, boska poprostu. przez moc swoją rytmika płaczów, próśb i entuzjazmu długo dżwięczała w powietrzu, okręcała wszystkie ciała, przepalała je niby wicher ognisty i przekuwała dusze na inną miarę! Powstali i wszystkie twarze rozsłoneczniły się nagle, spotężniały w wyrazie. Zaśpiewali pieśń do Matki Boskiej i szli z siłą światłości dziwnej w oczach, z uśmiechem na chudych twarzach, pełnych śladów utrudzenia, a akcenty tego hymnu triumfalne, szerokie jak świat, dzwoniły niby spiż serc i biły nad ziemią pełną wiosny i słońca!

"Po przemowie jednego z Księży Paulinów, weszliśmy do Jasnogórskiego kościoła. Ścisk był niewypowiedziany. Ludzie tak się zwarli, że rozczepić się im było trudno: co chwila wynoszono pomdlałych, pogniecionych. Zaczęła się Msza. Ciche tony fletów, wibracją spiralną i jakby złotawą wlewały się i niby lśniącą siatką osnuwały dusze, potem skrzypce przenikające głosy podnosiły w śpiewie pełnym uznania i rozpylały się w woń róż, a organy grzmiały cicho i daleko niby szum morza, które wolno bije i przelewa się przez brzegi, a potem burzy się głucho, potężnieje w siłę, huczy burzą, miota i wybucha piorunami, które trąby mosiężne rzucają z przerażliwością i robi się chaos jakiejś rozpaczy bezbrzeżnej, która szaleje, łka i prosi aż flety, niby chór anielski odzywają się w pianach i śpiew rze ny, słodki wlewa się szeroką gamą i uspokaja odmęty i płynie pod stropy kaplicy jak pocieszenie, przenika dusze rozrzewnieniem i kołysze je słowami łaski i milknie w nagłej, chwilowej ciszy. Podniesienia, przerywanej tylko ostrym, niby stalowymi blaszkami, dźwiękiem dzwonków!
"Naraz ze wszystkich instrumentów bije pieśń, ze wszystkich serc zrywa się huragan krzyków i westchnień i wszystko to skłębione, zmięte, unicestwione, pada w proch przed odsłoniętym obrazem Matki Bożej, a przez mur ciał przeciska się dziewczyna. Prowadzona przez matkę, idzie o kuli, oczy ma zwarte, wyciąga ręce do obrazu i głosem wielkim, potężnym w niewysłowionym brzmieniu wiary, woła: - Mario, uzdrów mnie! Mario, uzdrów mnie! — I pada na ziemię jak drzewo podcięte, lecz zrywa się już promieniejąca, woła: — Mario! Widzę! Mario! Idę . . .

"I szła ku ołtarzowi, a burza ryku, prawie nieludzkiego, zerwała się ze wszystkich serc i biła do stóp Tej, z taką miłością patrzącej. A dziewczyna szła, podrywając się, jak ptak do lotu i z uśmiechem niewypowiedzianej podzięki, z oczyma jak chabry błękitnymi, z rękoma wyciągniętymi dyszała dziękczynieniem, pełna radości, łez i olśnienia. — Mario! Mario! I padła w proch, objęta rękoma kamienie i bladymi usty przywarła do nich, pod stopami Tej, co tam ze spokojem i słodyczą siedziała z Jezusem na ręku i, jak matka, była pełna pobłażania i miłości! A lud cały w jękach, skowycie leżał i łzami serc, mózgami, krwią, miłością sławił dobroć i żebrał zmiłowania. Kościół zdawał się otwierać z wierzchu, aby przepuścić tłumy dusz, które się rwały w modlitwie w nieskończoność, a wysoko jakby się rozwiewał płaszcz błękitny i ogarniał wszystkich, a jakieś ręce białe i oczy promienne błogosławiły, koiły, uspokajały, krzepiły serca, dawały zapomnienie i moc wytrwania!

"A teraz rzesze ludzkie coraz więcej zatapiały się w szlochaniu i zdawały się odpływać w zaświaty na fali muzyki, która, jak archanioł pocieszenia, szła naprzód i niosła wszystie dusze tam — skąd wyszły, do źródła dobra i szczęśliwości!"

Dziś, w chwilach kiedy łuna pożogi oświeca ziemie polskie; dziś, kiedy widmo głodu rozciąga swe ramiona kościste nad ludnością polską; dziś, kiedy mara śmierci wyciąga swe ręce po coraz to nowe i coraz to liczniejsze ofiary; dziś, kiedy nowoczesny Herod i Piłat podał sobie ręce, aby wyniszczyć i wytępić lud chrześcijański od niemowlęcia do starca, w imieniu tego ludu duszonego, deptanego i męczonego, klękam przed Tobą Maryjo, nie tylko Matko Boża, lecz i Matko nasza, Matko najczulsza i Matko najdobrotliwsza, wołając, prosząc i błagając: Mario, uzdrów nas! Mario, uzdrów nas! I wierzę, usilnie wierzę, że modlitewne prośby wysłuchasz, że łzy nasze otrzesz i nas dźwigniesz, z niewoli wyzwolisz i chwalebną wolnością obdarzysz! W zamian Tobie, Mario, i Ojczyźnie Ojców moich składam obietnicę:
"Przysięgam Tobie na cześć, na honor — i na imię —
na honor polskich żołnierzy! we krwi i armat dymie
życie mi trzeba nieść i umrzeć jako należy
za Twoje Imię!
Przysięgam Tobie na sławę — na Ojców pobojowiska,
na zbroi relikwie rdzawych i połamanych pałaszy —
na Twe sztandary zdobyte w Kremlu, wrogi straszy
na zgliszcza i popieliska, z szubienicami krwawymi —
na te krwi krople bagnetem przybite do Krzyża ziemi!
Przysięgam Tobie na królów koronę i na łachmany
shańbionych nędzarzy,
co szli ku Tobie w szkarłatnej swej krwi,
że jako oni, do skończenia dni, bronić Cię będę —
cokolwiek się zdarzy . . .
Na Matkę moją i na Ojców cienie
i na łez onych dziewczęcych bezmiary,
że mnie nie złamią ni łzy, ni wspomnienie,
gdy przyjdzie krwawej dopełnić ofiary,
I że nie spocznę na żywot bezpieczny
Przysięgam Tobie.
Na spoczynek wieczny!
Przysięgam Tobie na anielskie hufce.
I oto idę na śmierć i na życie
Gwiazdy na niebie i sionce w błękicie.
Przysięgam Tobie na duszę i Boga —
O ukochanie najczystszych twoich snów — Ojczyzno
Droga!"

Nie wolno mi zakończyć dzisiejszego przemówienia bez kilku słów przestrogi! Kręcą się wśród wychodźstwa pewne osobistości, które bezczelnie szydzą sobie z Ojca św. Ks. Prymasa i duchowieństwa polskiego. Nawet tu się nie zatrzymują, ale nikczemnicy posuwają się dalej: bluźnią Bogu i wyśmiewają się z wiary.

Tych uważać powinniśmy nie tylko za popleczników neopogaństwa i bezbożnictwa, czyli za apostołów pruskiego nazizmu i azjatyckiego bolszewizmu, ale zarazem za wysłanników piekła i sojuszników szatana, ponieważ uprawiają zasady i szerzą naukę i prowadzą robotę tej trójki dyktatorskiej: poganina, bezbożnika i szatana. Pragną zniszczyć Królestwo Boże i panowanie Chrystusowe! Pracę swoją prowadzą pod hasłami postępu i oświaty!
Gdy w roku 1906 Przegląd Katolicki ogłosił konkurs, dotyczący znaczenia wiary katolickiej we wszystkich dziedzinach życia. Henryk Sienkiewicz zabrał głos i stwierdził, że katolicyzm nie tylko wypełnił naszą świadomość i złączył nas z wielką cywilizacją łacińska, lecz urobił nasze jestestwo moralne, stworzył dziejowy typ Polaka! Katolicyzm — to nasza religia i nasz obyczaj! Kto go podważa, rujnuje życie narodowe. Odbierzmy chłopu wiarę a zobaczymy czy ją zdoła zastąpić oświatą! Sienkiewicz patrzył wrogo na oświatę bezreligijną. Zdaniem jego prowadzi ona do rozkładu, któremu nie zdoła zapobiec najświetniejszy rozwój umysłowy. Wiedza chroni przed błędem, ale nie tworzy charakteru. W Polsce dopiero oświata przepojona duchem katolickim może posłużyć za dźwignię moralną! Sienkiewicz chyli czoło przed Boskim pochodzeniem religii! Katolicyzm jest rzetelnym klejnotem — polskości!

A więc ten pisarz znany światu całemu pała szlachetną dumą, że zdanie to można odwrócić i powiedzieć, że polskość jest klejnotem katolicyzmu, że my, jako naród, niemałe położyliśmy zasługi dla jego rozwoju! — Tak piszą i tak uczą ludzie szlachetni, rozumni i pokorni. No i teraz w nieszczęściu, które padło na naszych, oni nie upadają na duchu. Zgroza przejmuje nas, kiedy czytamy o okrucieństwach, na które są narażeni. Mimo to oni nie poddają się! Czemu? Bo wierzą i modlą się! Jedni piszą: teraz poznajemy co to znaczy wiara! Drudzy, wszystko nam zabrali, ale Boga nie zabiorą! Inni: jak to dobrze, że umiemy sie modlić! — I tak bez końca! Niech to będzie dla nas przykładem i wzorem! Nie zważajmy na wyskoki i ataki ludzkich kretó,. kruków i szakali, którzy plugawymi ustami i zatrutymi piórami bryzgają na Boga, na Kościół, na wiarę! — Wierzmy, módlmy się i pracujmy! Bezpieczniej z Bogiem jak przeciw Bogu!