OJCZE NASZ! - pogadanka o. Justyna z 31.03.1940 r.

Za wstęp do dzisiejszego przemówienia używam artykulik, dziennika polskiego wychodzącego w Bukareszcie, następującej treści:
"Nawet do kościoła wydają przepustki. Kapłanów osadzają w więzieniach. Spowiadać indywidualnie nie wolno. Słowo krzepiące nie pada z ambony. Po obu stronach "granicy" ta sama nienawiść do katolicyzmu, który zespala naród w imię jednej, wielkiej Prawdy. Męczennicy dwudziestego stulecia, którzy noszą imiona Polaków, rozmawiają teraz z Bogiem, w bolesnej ciszy domów. Odmawiają modlitwę odwieczną, kładąc w słowa granitowe wiarę, nadzieję i miłość. "Ojcze nasz któryś jest w niebiesiech" — nie mamy ojców, jedni z nich zginęli od kul lub bomb, drudzy oddzieleni od nas dwoma granicami wyciągają ręce rozpaczne, inni w niewoli obcej, za kolczastymi drutami. Tyś jeno pozostał — Ojciec sprawiedliwy, który utraconych nagrodzisz lub przywrócisz. . . . "Święć się Imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje" — Zamykają przed nami drzwi domów Twoich, ale uświęcona niech będzie boleść ta i wiara gorejąca nieustannie. Przyjdzie królestwo Twoje kiedy szatana strącisz z wojennego tronu — I stanie się światło żywe, kojące! —- "Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi" — kierujesz meteorami, gwiazdami spadającymi, kometami, kierujesz tedy i naszym cierpieniem, wola Twoja skruszy najdumniejszą przemoc. "Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj" — dzisiaj, gdy spichrze i stodoły nasze są puste, gdy dzieci głodne spozierają wielkimi oczami smutku na matki, spraw iżby powszednia strawa dana nam była do przetrwania. — "I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom"— odpuszczamy braciom naszym słabym i ślepym oczyszczonym w ogniu boleści, ale pofolguj naszemu sumieniu, nad którym widnieją jeszcze wspomnienia dawnych błędów. "I nie wódź nas na pokuszenie" — nie wódź nas na śliskie drogi, na łatwe gościńce, pod transparenty krzykliwych haseł, na czoła tłumów błądzących we wrzasku i płaczu, daj nam anielski spokój ducha i równowagę gwiazd. "Ale nas zbaw ode złego" — zło zstąpiło między nas i fałszywych rozsyła proroków, pozwól nam rozeznać aniołów prawdziwych od aniołów upadłych i wywiedź na ziemię 'łaski pełną!' — 'Amen' — niech się stanie!" — Teraz do przemówienia:

OJCZE NASZ!

Narodowość polska może dziś śmiało mówić wobec świata całego, to samo co przed siedmiu wiekami powiedział nasz św. O. Franciszek Asyski, kiedy to w obecności Biskupa, ściągnął ze siebie ostatnią koszule, a rzucając ją pod nogi swego ojca, zawołał: "teraz naprawdę mogę mówić: 'Ojcze mój któryś jest w niebiesiech!".
Dziś wszystek lud polski znajduje się w tym samym położeniu. Na Pomorzu z przeszło sześciuset księży, zostało około trzydziestu. W Wielkopolsce około dwieście parafii pozbawionych swych duszpasterzy. Ten sam stan smutny na Śląsku, w Płockim i na Kujawach. Ustają nabożeństwa i Msze św., ludzie umierają bez sakramentów świętych; świątynie przechodzą w ręce policji, zamieniane są w kina, hale, baraki, więzienia i magazyny. Kapłani już rozstrzelani. Inni w więzieniach, w obozach lub na przymusowych robotach! Cały naród, bez różnicy, pod którym się znajduie zaborem prześladowany, zdeptany, zmiażdżony, na zagładę skazany; wypędzony z kościołów, modlący się w ukryciu, w sklepach, na strychach, w stodołach, szepce po cichu: "Ojcze Nasz!"

Tysiące przygód życiowych

Po co mi jednak mówić tylko ogółowo, kiedy mamy setki i tysiące przygód życiowych z nieszczęśliwych czasów naszych. Posłuchajcie wyznania tułacza, który opisuje swoje i innych przejścia, które mrożą krew w żyłach! "Przywieziono mnie do więzienia ciężarówką. Ledwie wysiadłem z auta. padł rozkaz: 'ręce w tył!' — Pierwsze zaś słowa, jakie usłyszałem, gdy mnie wprowadzono do korytarza więzienia, były: 'nosem do ściany!' Na korytarzu czekałem dość długo, zanim dostałem miskę, łyżkę oraz więzienną bieliznę.

"Wreszcie wprowadzono mię do celi. Pierwsze trzy dni byłem w celi sam; myślałem, że zwariuję! Całymi godzinami chodziłem od ściany do ściany by się rozgrzać i by coś robić. Nie miałem ani książki ani gazety. Najgorzej zaś odczuwałem brak towarzystwa. Wieczorem przechodziłem moralne męki, gdy słyszałem jęki męczonych i torturowanych współwięźniów. Co wieczór kilku więźniów zostało obitych i to w straszliwy sposób! Wreszcie ogromnie szarpały nerwy odgłosy egzekucji. Co parę dni prowadzono szereg więźniów — pod błahymi pozorami — na rozstrzelanie! Po trzech dniach przeniesiono mnie do celi, w której znalazłem się w towarzystwie pięciu Polaków i jednego Niemca, dezertera z armii niemieckiej. Cela była cztery metry długa, a dwa szeroka. Miała dosłownie, jedno łóżko i dwa sienniki. Siedmiu w tej jednej celi. Przyszedłem do celi, kiedy jeden z więźniów, bogaty kupiec, powiadał jak został w wiezieniu, zaraz na wstępie, okropnie obity.

"Ustawiono nas, mówił, na korytarzu dziewięciu. Z policji przyszło sześciu katów, którzy zabrali się do egzekucji. Po kolei brano każdego do poczekalni, rozkładano na stole i okładano gumowymi pałkami. Dwóch trzymało za jedną rękę, dwóch za drugą, a dalsi dwaj oprawcy bili z całej siły. — Za co was bili? — Bez powodu. Za to, że jesteśmy Polakami. Gdy mnie bito, miałem tylko jedną satysfakcję: wyginając się z bólu uderzyłem z całej siły mego oprawce trzewikiem w szczękę tak, że odprysł do ściany i już więcej mię nie bił, tylko trzymał się za brodę! Zemścił się potem. Miałem na sobie bowiem czarny płaszcz, który po egzekucji znowu wdziałem na siebie. Gdy już wszystkich obito przystąpił do mnie i sądząc, ze jestem księdzem, zwracając się do swych kamratów, mówił: 'tego jeszcze raz, bo to jest ksiądz!' — I jeszcze raz pana obili? — Tak, broniłem się, ale nic nie pomogło!
"Jak się pan bronił? — Gdy kaci przystąpili do mnie, powiedziałem, że jestem chory na cukrzycę. Wtedy zostałem spoliczkowany. — Jesteś jeszcze chory? zapytał oprawca. — Tak, jestem chory — odpowiedziałem. I znów otrzymałem policzek. I tak długo mnie policzkowano, aż wreszcie powiedziałem, że już jestem zdrów! Przestano mnie policzkować, ale nie powstrzymano się od obicia mnie po raz drugi. — To musiało pana strasznie boleć!

Nie mógł na plecach leżeć

"A jakże! kilka nocy nie mogłem na plecach leżeć. Zresztą jeśli macie ochotę zobaczyć moje plecy, to wam pokażę, byście mieli pojecie o tym, jak mnie bili! — Ciało przedstawiało naprawdę widok nie do opisania: przeraziłem się, gdy zobaczyłem całe sine i zielone, zbite ciało. Obity kupiec przez dwa tygodnie uczuwał bóle wewnętrzne. Najwięcej troskał się o to, że krew nie przestawała uchodzić. Poprosił o lekarza. Nie mógł go się jednak doczekać! Drugi z więźniów wyznał nam, że już jest dwa miesiące w więzieniu. Aktu oskarżenia dotychczas nie otrzymał! — Pana też obito, jeśli wolno zapytać?
"Wolno. Dziś to nie wstyd! Niech się raczej wstydzą oprawcy. Mnie na początku bito trzy razy dziennie! Przestano mnie bić dopiero wówczas, gdy ciało zaczęło odpadać! Już chciałem się powiesić, ale — mówił ściszonym głosem — szukając w kieszeni sznurka, znalazłem — różaniec! I ten mnie uratował. Pomyślałem sobie, że Pan Jezus też cierpiał za nas niewinnie, to i ja mogę trochę pocierpieć dla Polski niewinnie.
— A za co was wzięli? Bo należałem do Straży Obywatelskiej. Broniliśmy naszej Ojczyzny, gdy zabrakło naszych władz. — Po opuszczeniu wiezienia, dowiedziałem się, że mego współwięźnia rozstrzelano. Bohater narodowy, jakich dużo. Są bezimienni!" Dodaje, ten i jemu podobni wołają w swych cierpieniach i udrękach: "Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech!"
— Czy ten Ojciec dobrotliwy i sprawiedliwy nie wysłucha próśb modlitewnych okraszonych łzami i krwią bitych, katowanych i męczonych?

Następnie przesuwam przed wyobraźnią waszą obrazek z przedmieścia Warszawy. Oprowadza nas syn Żydówki, która straciła rozum po jednym z bombardowań stolicy. Żydek mówi tak: "W pierwszym dniu wojny, o której wypowiedzeniu nikt nie wiedział, o godzinie dziewiątej rano silny wstrząs wyrzucił mnie z łóżka. Odłamki pocisku, które porobiły oto te dziury w drzwiach wejściowych, poszły ukosem w górę. Wypadłem na dwór.

Ludzie skakali z okien

"Przede mną palił się oto ten dom, który dymi jeszcze. Ludzie skakali z okien. W oknie mieszkania kierownika sąsiedniego zakładu dla upośledzonych dzieci żydowskich ukazała się kilkunastoletnia dziewczynka, jedna z wychowanic, trzymając na ręku dwuletnie dziecko kierownika.

"Rzuciła dziecko na ręce oczekującego ojca na dole pod oknem, ale sama nie zdążyła i zapadła się wraz z tą podłogą. Leży tam pod tymi gruzami pospołu z innymi! Duże oczy chłopca żydowskiego zachodzą smutkiem i powlekają się żałobą! Pójdźcie ze mną pokaże wam resztki sierocińca. Idziemy za żałobnym przewodnikiem. Po drodze nachylamy się nad jakimś dołkiem. Przewodnik ukazuje nam gestem coś, czego rozróżnić nie możemy. Po chwili rozpoznajemy, że to zwęglone zwłoki jakiegoś chłopczyka — sieroty. Piszczel wyszła wysoko, przedarłszy skórę ramienia! Klatka piersiowa otwarta — sterczą żeberka! Otóż jeszcze tylko z dziesięć kroków dalej i już wchodzimy do korytarzyka.

Z wielkiej budowli ochronki nic więcej nie pozostało! W korytarzu zastajemy nauczyciela. W oczach jego zastygło przerażenie. Wskazując na ścianę powiada, że te plamy czerwone to krew potrzaskanych ciałek dziecięcych. Opowiada jak to spadł pocisk z szumem i trzaskiem na sierociniec, rzucił go na podłogę. Jak się podniósł i wybiegł napotykając się na dyrektora z połamanymi nogami i rannych dwóch nauczycieli, jak biegi dalej przed dom, zobaczył trupki dziecinne i chowające się w krzaki, ocalałe dzieci.

Ostatnie dziecko pełzło w krzaki ciągnąc się na rączkach, wlekąc za sobą zmiażdżone nóżki! — Niech wie pilot, że celnie rzucał pociski! Dziesięcioro dzieci zostało zabitych, a dwadzieścia pięcioro rannych, z czego wiele należało amputować! — Wychodzimy z korytarza zafarbowanego krwią wymordowanych. Przy wnijściu, klęczy stara Żydówka. Oczy zamglone, włosy rozczochrane, składa ręce i woła: "Abinu Ascher," czyli "Ojcze Nasz!" — I rozpaczliwie — płacze!

Maluje smutny obraz

Pójdźcie ze mną do Warszawy. Tym razem Ignacy Morawski maluje wam obrazek taki: "Na podwórzu koszar zajętych przez nieprzyjaciół wre robota. Poprzez płot odgradzający wielki dziedziniec od ulicy widać jak żołnierze niemieccy szczekliwym, ostrym głosem gardlanym wydają brutalne rozkazy garstce przerażonych Żydów. Z daleka widać, że Żydzi, bo wszyscy w długich chałatach, większość z pejsami, przeważnie ludzie starsi.
"Po chwili dostrzegamy jednak i kilku księży w sutannach. Jeden z nich, staruszek, mocno pochylony, mozoli się przy oprawianiu miotły, którą ma zamiatać dziedziniec. Nim zdążył skończyć, dostaje nagle mocnego kopniaka od jednego z żołnierzy niemieckich. Przewrócił się. Podnosi go dwóch starych Żydów. I oni dostają po kopniaku i odskakują od księdza. On leży jeszcze bezradny, wreszcie dźwiga się z trudem. Już się podnosi, gdy dostaje jeszcze mocniejszego kopniaka i pada, raniąc sobie twarz o kamienie dziedzińca. Po dłuższej chwili. udaje mu się wstać...
"Oto już jest gotów i zamiata dziedziniec pochylony, w starczej niemocy nieudolnie pełniąc tę funkcję. Opodal żołnierz niemiecki okłada razami kilku młodych Żydów, których właśnie przyprowadzono z ulicy. Starają się oni wtoczyć na ciężarową platformę olbrzymi bak żelazny. Padają raz po raz przekleństwa Niemców. Jest to scena przypominająca katorgę czarnych niewolników, gdzieś w Afryce przed stu laty."
Czy ci katowani jeńcy, przy takich robotach musowych, nie skarżą się Stwórcy swemu i nie wołają z glebi dusz zbolałych: 'Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech?"

Niemcy bali się o siebie

"W początkach listopada było kilka dni ciepiych i woń dobywająca się z niektórych rumowisk i zgliszcz, woń trupia, rzuciła blady strach na najeźdźców! Nie chodziło im oczywiście
o ludność stolicy. Bali się jednak o siebie. Nie wszystkim bowiem wiadomo, że wróg odczuwa paniczny strach przed wszelkiego rodzaju zarazą. Padł więc na nich blady strach. Na dobitkę złego zaczęły po mieście kursować przesadne plotki o rozmiarach epidemii tyfusu. Gruchnęła wieść, że w dzielnicy Boernerowo zanotowano dwa wypadki cholery. Stwierdziliśmy, w rozmowach z lekarzami - Polakami, że większość tych pogłosek nie znajduje potwierdzenia.

"Każdemu jednak Niemcowi, gdy tylko nadarzyła się okazja, szeptał "na ucho" o strasznej zarazie, jaka się w mieście szerzy. Można było dość łatwo fantazjować na ten temat, bo istotnie tyfus grasował od szeregu tygodni, a tak łatwo było coś od niechcenia dodać! Toteż oględniejsze stawały się rewizje po domach, a już najwięcej na tym skorzystali mieszkańcy uboższych dzielnic żydowskich, dokąd Niemiec coraz rzadziej zaczął zaglądać!

"Na ulicy Kopernika, tuż przy gmachu Teatru Polskiego, a na wprost nowej Alei na Skarpie, stał gmach Państwowych Zakładów Ubezpieczeń Wzajemnych. W podziemiach rozległego i w części środkowej wysokiego tego budynku mieścił się schron na przeszło trzy tysiące osób. Podczas najazdu, prawe skrzydło uległo zniszczeniu. W schronie znalazło śmierć przeszło pięćset osób. Wystarczało więc w ciepłych dniach listopada przejść przez placyk przy pomniku Kopernika, aby gwałtownie dobyć chustki, zatkać sobie nos i czym prędzej zmykać. Wystarczało przejść w pewnych punktach Nowym Światem, Miodową, a w dzielnicy żydowskiej Pawią, Gęsią, w pewnych dzielnicach Woli, na Powiślu, na Pradze — aby zrobić to samo!

Dziwne uczucie. Coś ściska w gardle

"Ściska człowieka coś w gardle, robi się jak gdyby słodko i mdło. a przy tym gryzie w oczy, zupełnie jak gdyby od jakiego gazu wojennego. Najbardziej gruboskórny krzyżak musiał odczuwać to samo. Przystąpiono tedy do rogrzebywania i usuwania rumowisk. Wtedy to dobyto blisko pięćset zwłok z gmachu przy ulicy Kopernika; siedemset trupów z kamienicy przy ulicy Koszykowej, gdzie zawaliła się brama i odcięła ucieczkę mieszkańcom oficyny. Wtedy dokopano się do 57 trupów i 17 żywych na wpół obłąkanych i jadem trupim zarażonych w podziemiach kamienicy, gdzie mieściła się apteka Malinowskiego. Wtedy to znaleziono kilkadziesiąt trupów przy ulicy Dobrej i również kilkadziesiąt w takiejże kamienicy na Solcu. Na Złotej i Siennej, w kilkunastu punktach dzielnicy północnej, na Pradze — wszędzie odnajdywano leżące pod stosami kamieni z cegieł, porozrywane w strzępy, w stanie ostatniego rozkładu, dziesiątki zwłok ofiar bombardowania miasta przez pilotów nad-ludzi.

Codziennie 'odkrywano' nowe groby wspólne w zawalonych piwnicach. Lista ofiar 'kultur-traegerów' wtedy dopiero zaczęła rosnąć. Pozostawiono oczywiście wiele rumowisk nietkniętych. Może dopiero z wiosną rozejdzie się na nowo woń trupia i wskaże gdzie jeszcze znajdują się ofiary. Wtedy dopiero będzie można podsumować listę ofiar i stwierdzić ilu zginęło w Warszawie i czy zgodne z prawdą były obliczenia niemieckie, w które w Warszawie nie wierzono — że ogólna liczba ofiar wyniosła sto siedemdziesiąt tysięcy! W międzyczasie ludność Warszawy chodzi jakoby odurzona i szepce: "Ojcze Nasz!"

"Zanim przystąpiono do usuwania zwiok ofiar oblężenia spod rumowisk w mieście — musieli bohaterscy (?) zwycięzcy dopilnować uporządkowania cmentarza Powązkowskiego, który był również terenem walk. W cieniu wielkich drzew tego cmentarza podobno ukryto podczas obrony miasta kilka zenitówek czyli dział anty-lotniczych. Wytropili to Niemcy i tak uwzięli się na "miasto umarłych," że zaczęli je zasypywać pociskami z samolotów. Tym, którzy nie znają Warszawy, względnie Powązek, należy wyjaśnić, że nie jest to żaden cmentarzyk wiejski, ani nawet duży cmentarz rozplanowany na wzór amerykański, gdzie zamożniejsi mają parcele rozległe.

Powązki to olbrzymi cmentarz

"Powązki to cmentarz rozmiarami olbrzymi i do tego stopnia "natłoczony" od wielu, wielu lat, że spoczywa tam ilość nieboszczyków, przewyższająca ludność Warszawy. Nie ma tam ani jednej wolnej piędzi ziemi, a groby są głębokie, cembrowane, tj. każdy jest omurowany, trumny stoją na kilku kondygnacjach, jedna obok drugiej. Jeden grób dotyka sąsiedniego, przy czym ścieżki są bardzo wąskie i tylko kilka jest głównych alei, tak że na danej przestrzeni znajduje się tam znacznie więcej zwłok, niż na takiejże przestrzeni na jakimkolwiek cmentarzu w Ameryce."

"Pozwoliliśmy sobie na powyższą dygresję, aby słuchacze zdali sobie dokładnie sprawę, w jaki to "tłum nieboszczyków" waliły bomby niemieckich lotników. Oczywiście nie mogli od razu wykurzyć baterii zenitówek z "miasta umarłych." Obrońcy zresztą czuli się tam bezpiecznie. Bomby niemieckie nie trafiały. Zenitówki wciąż "grały" z Powązek. Pociski padały i padały. Po poddaniu miasta, Powązki przedstawiały w kilku punktach straszliwy widok. Tu i tam porozwalane groby, porozbijane mauzolea i kapliczki, nagrobki i posągi.

"A w tym wszystkim cząstki zwłok, niektóre w stanie okropnego rozkładu, porozrzucane po krzewach, po nagrobkach, które nawet ocalały, nawet na gałęziach drzew. Cząstki odzieży jeszcze nie zmurszałej, jakieś szczątki dawnych mundurów, kawałki trumien. Tutaj but z długą cholewa i kawałkiem barwnej materii, ówdzie strzępy jedwabnej sukni damskiej z kawałkiem piszczela. A ówdzie wpół obciągnięta sczerniała skóra, a wpół ohydnie naga swą bielą czaszka ludzka z długimi włosami, w takim jednak stanie, że trudno rozpoznać, czy to głowa kobiety czy mężczyzny.
"Jeden z nagrobków w kształcie wysokiej, wąskiej kapliczki, wykutej z kamienia, miał cztery gotyckie kolumienki. Wieżyczka, którą podtrzymywały i jedna z kolumienek uległy strzaskaniu. Na ostrym złomie resztki kolumny zawisło obciągnięte w obcisły rękaw, przedramię ludzkie. Biała dłoń kobiety zdawała się wołać o pomstę za to nowoczesne barbarzyństwo, za naruszenie wiecznego spokoju. Nie cały oczywiście cmentarz Powązkowski uległ takiemu zniszczeniu. Szliśmy całymi kwaterami, zgoła nietkniętymi. Nawet w najstarszej części cmentarza ocalały groby, między innymi naszych najbliższych, co przyszliśmy sprawdzić.

"Przesadą byłoby utrzymywać — jak to słyszeliśmy od znajomych na mieście, że bomby lotnicze poorały cmentarz w znacznej przestrzeni. To jednak, cośmy zobaczyli, a przecież musiało tego być więcej, tylko uprzątnięto dużo przed naszym przybyciem — wystarczy, by zrozumieć co się tu musiało dziać i jak naprawdę powszechna jest wojna totalna." - Mieszkańcy Warszawy chodzą od grobu do grobu, patrzą z przerażeniem i zdrętwiałymi ustami szepcą: "Ojcze Nasz!"

Prawie doszczętnie zniszczone

Podajcie mi rękę. Poprowadzę was do Krzemieńca. Miasto przeszło przez kilka nalotów. Nieomal doszczętnie zniszczone. Pierwszy nalot odbył się w dzień targowy. Pociski zabiły czterdzieści osób: ciężko ranionych była przeszło setka; lżej ranionych nikt nie rachował. Patrzcie, oto dwie harcerki prowadzą pod rękę małą dziewczynkę. Biedactwo płacze i piszczy jak ptaszek zraniony: "mamusiu boli jak boli!" Główka spada na ramiona; włoski splątane i osmolone. Odłamki poszarpały brzuszek dziewczątka. Słania się i wypada z rąk harcerek, które klękają przy upadłej, składają ręce i wśród płaczu wołają: "Ojcze Nasz!"

No jeszcze jeden obrazek. Skreślenie tego zawdzięczam naszemu O. Marianowi Wójcikowi, który obecnie pracuje wśród uchodźców w Rumunii: "Nadeszły obecnie bliższe szczegóły egzekucji Mieczysława Chłapowskiego, wybitnego działacza polskiego w Poznańskim, brata byłego ambasadora Polski w Paryżu, pana Alfreda Chłapowskiego. Egzekucja jego, nie poprzedzona żadnym wyrokiem sadowym, odbyła się na rynkn w Kościanie, mieście liczącym 10 tysięcy mieszkańców, położonym na południe od Poznania. Chłapowski zachowywał się po bohatersku. Klęknął na rynku i z różańcem w ręku odmawiał: Ojcze Nasz i Zdrowaśkę. Po czym przeżegnał jeszcze znakiem krzyża świętego zgromadzony lud i zawołał: Jeszcze Polska nie zginęła! Jeszcze raz otworzył usta jakby chciał coś mówić. Lecz w tym momencie padł ugodzony kulami! Podobnie odbyła się egzekucja młodego właściciela ziemskiego z Dębicza w Poznańskiem, Adama Madalińskiego, którego przodkowie walczyli we wszystkich powstaniach. Ustawiony plecami do plutonu egzekucyjnego nagle odwrócił się, rozdarł koszulę i wskazując na serce krzyknął: Strzelajcie z przodu, bo żaden Madaliński jeszcze jak pies nie zginął! — Potem krzyknął jeszcze: Boże błogosław Polskę! I zaczął odmawiać: Ojcze Nasz! — Nastąpiła salwa z rewolwerów."

Jakie przykłady i wzory szlachetności, spełnienia obowiązków, zrozumienia godności chrześcijanina bywają dawane nam przez współbraci naszych, którzy w biedzie i nędzy — w boleściach i cierpieniach — nawet w obliczu grobu, śmierci i wieczności — patrzą nieugięcie i hardo w złowrogie twarze swych katów i morderców, wołając: Ojcze Nasz, któryś jest w niebiesiech!