"WCZORAJ I DZIŚ!" - pogadanka o. Justyna z 3.11.1940 r.

Z radością głęboką i szczerą, staję dziś, przy mikrofonie i w progi wasze rzucam słowa moje nie tylko, ale serce całe przepełnione krwią i duchem polskim. Nie wkradam się do domków waszych, ale wkraczam śmiało, jak do swoich. Znamy się bowiem już od lat kilkunastu. Przychodzę do Was aby pocieszać, umacniać, pouczać. Nawet kiedy i gdzie zajdzie potrzeba — skarcić. Zawsze jednak w sposób ludzki i chrześcijański. Rozumiem doskonale, że "kto trzęsie drzewem prawdy, temu padają na głowę obelgi i nienawiść." Spodziewam się więc i przygotowany jestem na ataki, tym bardziej że jestem kapłanem katolickim i zakonnikiem. To jednak mnie z tropu nie zbije, wysiłków nie zmniejszy, pracy nie osłabi! Nigdy! Owszem, wierzę w pomoc Boską i ufając w wasze poparcie i waszą współpracę, rękawy zaginam i robiąc znak krzyża św., biorę do rąk pług, aby orać glebę chrześcijańską i narodową w pocie czoła; aby potem zarzucić ją garśćmi pełnymi ziaren zdrowych i zdrowotnych. Tą glebą to umysły wasze, to serca wasze, to dusze wasze! Mówił ktoś, długie lata temu, że "dla Polaków można wiele zrobić, z Polakami — nigdy." Ja nie chcę temu wierzyć. W ogóle nie ma narodowości na całej kuli ziemskiej, która by przewyższała narodowość polską co do pracy, pobożności, uczciwości i innych zalet ludzkich! Są wyjątki. To prawda. Ale gdzie by ich nie było? Ludek nasz jest poczciwy i złote ma serce. Trzeba więc z nim, nad nim i dla niego pracować. Tym bardziej w czasach obecnych, kiedy to otoczony jest wszędzie i zewsząd jakimiś opiekunami, dobroczyńcami, nauczycielami, no i wysłannikami, agitatorami i agentami! Chyba każdy rozumie co mam na myśli! To jeszcze nie wszystko! Kraj praojców znów poszarpany w strzępy; ziemia zroszona krwią braci i sióstr; rodziny rozbite; ojcowie w niewoli, po więzieniach, w obozach, na robotach musowych! Matki tułają się jeszcze po sąsiednich krajach; synowie i córki wyrwane z ramion rodzicielskich, no i tak bez końca! W głowie się mąci, kiedy takie obrazki migają w wyobraźni naszej. Serce się krwawi, umysł się zarywa kiedy niejeden pomyśli sobie o swoich, o ich krwawych przejściach i męczeńskich cierpieniach! Tym i podobnym trzeba nieść słowa pociechy, otuchy i wiary! Trudna to praca i ciężka robota! Jednocześnie święta. Warta wysiłków i potu. Jeden umysł oświecić, jedno sumienie wzruszyć, jedno serce uszczęśliwić, jedno życie uratować, jedną duszę zbawić.To już robota dobra. Oto moje credo i cel programów niedzielnych. Sprawę i siebie polecam waszej łaskawej pamięci!
 
"WCZORAJ I DZIŚ!"
 
Cezar rzymski Neron siedział przy biurku i kreślił wiersze. Opisywał pożar jednego ze starożytnych miast. Jednak nie był zadowolony ze swej pracy. Jeden z krytyków rzucił śmiało taką ocenę: "Ten pożar, który opisujesz, nie dosyć płonie, ogień nie dość parzy!" —"Dobrze mówisz," rzekł Neron, "mój pożar nie dość świeci, mój ogień nie dość parzy. Ale czy wiesz, dlaczego tak jesi. jak mówisz? Oto ja nigdy nie widziałem palącego się miasta i dlatego mój opis nie jest dobry. Gdybym ja mógł, gdybym mógł raz w życiu wielki pożar zobaczyć!" Kilkanaście dni potem większa część Rzymu była w płomieniach. Dokładniej "miasto całe było jednym morzem płomieni." Doradcy, a nawet dworzanie Nerona przypominali sobie jak to ten rudowłosy tyran i zbrodniarz skarżył się, że nie może opisać płonącego miasta, nie widząc nigdy prawdziwego pożaru. Szeptali do siebie, że to "cezar kazał spalić miasto!" I oczom ich straszliwy przedstawiał się widok. "Cała nizina pokryta była dymami, tworzącymi jakby olbrzymią, leżącą tuż przy ziemi chmurę, w której znikły drzewa i domy. Na końcu zaś tej szarej, okropnej płaszczyzny, gorzało na wzgórzach miasto. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to nie tylko płonie miasto, ale świat cały — i że żadna żywa istota nie może się wyratować z tego morza ognia i dymów. Niebo było czerwone, jak okiem sięgnąć i na świecie czyniła się noc czerwona. Straszny żywioł obejmował coraz to nowe dzielnice. Nie można było wątpić, że jakieś zbrodnicze ręce podpalają miasto, gdyż coraz to nowe pożary wybuchały w miejscach, od głównego ogniska odległego. Okrzyk: "Rzym ginie!" nie schodził z ust tłumów. Powtarzano sobie, że to Cezar kazał spalić Rzym, żeby się uwolnić od zaduchów, zalatujących z jego wąskich zaułków i by wybudować nowe miasto. Na tę myśl wściekłość ogarnęła ludzi. Mówiono również, że Cezar oszalał, że każe żołnierzom uderzyć na lud i sprawić ogólną rzeź. Wieść publiczna podawała na dziesiątki tysięcy liczbę osób, które zginęły w ogniu. Jakoż zginęło mnóstwo! Byli tacy, którzy straciwszy całe mienie, albo najdroższe sercu istoty, dobrowolnie rzucali się z rozpaczy w płomienie. Innych udusiły dymy. W środku miasta, gdzie były najgęściej zabudowane ulice, pożar wszczynał się w tak wielu miejscach naraz, że całe gromady ludzi, uciekając w jedną stronę, trafiały najniespodziewamej na nową ścianę płomieni ze strony przeciwnej — i ginęły straszną śmiercią wśród ognistego zalewiska. Noc stawała się coraz widniejszą, a pożar ogarniał coraz większe przestrzenie, brał szturmem wzgórza, rozlewał się po równinach, zatapiał doliny, szalał, huczał, grzmiał ... A miasto płonęło ciągle. Wraz z Rzymem ginęły niezmierne bogactwa, ginęło całe mienie jego mieszkańców! Wokół murów koczowały teraz setki tysięcy samych nędzarzy. Głód począł doskwierać tej ciżbie ludzkiej, niezmierne bowiem zapasy żywności, nagromadzone w mieście, gorzały z nim razem, a w powszechnym zamęcie nie pomyślano o sprowadzeniu nowych. Złorzeczono Cezarowi. Wzburzenie rosło z każdą godziną. W tym morzu ludzkiem, otaczającym wyspę ognia, rozmaite, ustawicznie krążyły wieści. Były pomyślne i niepomyślne. Każda wieść rozbiegała się z szybkością błyskawicy i każda znajdowała wiarę wśród tłuszczy, powodując wybuchy nadziei, gniewu, strachu lub wściekłości. A Cezar czekał, aby płomienie ogarnęły jak największą część miasta i wtedy dopięro spieszył, aby nie stracić widoku w chwili, gdy pożoga doszła do najwyższej potęgi. Stał niemy, przybrany w purpurowy płaszcz i wieniec ze złotych liści i wpatrywał się w rozszalałą potęgę płomieni. Stojący bliżej podali mu lutnie, on wziął ją w ręce, podniósł oczy ku górze i począł śpiewać. W oddali syczały węże płomieni, gorzały odwieczne, najświętsze zabytki, ginęło miasto! On nienawidził tego miasta, nienawidził jego mieszkańców.
 
       A miasto płonęło jeszcze. Szóstego dopiero dnia pożar, napotkawszy na puste przestrzenie, na których zburzono ogromną ilość domów, począł słabnąć. Lecz stosy gorejącego węgla świeciły jeszcze tak mocno, że lud nie chciał wierzyć, by to był już koniec klęski. Jakoż siódmej nocy pożar wybuchnął z całą siłą, dla braku jednak strawy, trwał już krótko. Tylko przepalone domy zapalały się jeszcze tu i ówdzie, wyrzucając w górę węże płomieni i słupy iskier. Z czternastu dzielnic Rzymu zostały zaledwie cztery. Gdy spopielały stosy węgla, widać było ogromną przestrzeń siwą, smutną, umarłą, na której sterczały szeregi kominów, niby grobowce na cmentarzu. Między tymi zgliszczami snuły się we dnie posępne gromady ludzi, poszukujących to drogich rzeczy, to kości drogich osób. Nocami psy wyły na popieliskach i zgliszczach dawnych domów". — Taki był skutek zbrodniczej pożogi wskrzeszonej prawicą Nerona, artysty skrzypka, z czasów starożytnych, w historii — z wczoraj!
 
Teraz przewracam kartki historii nowoczesnej. Jesteśmy w wieku dwudziestym! Świat stoi, pozornie, na szczycie nauki i wiedzy. Postęp materialny na każdym polu, i w każdej dziedzinie. Niezliczone wynalazki, mające za cel, ułatwienie, zmniejszenie trudności i ciężarów ludzkich, napotykanych w życiu codziennym. Nad szarzyzną życia zaczęło pobłyskiwać słoneczko spokoju, zadowolenia i szczęścia! Wszystko to jednak zwodliwe, mamiące! Zbudowane na piaszczyźnie zarozumiałych, krótkowidzących i płytkich umysłów ludzkich! Umysły te, bez względu, bez najmniejszego względu na dotychczasowe ideały ludzkości związane z cząstką duchową, urobiły pewne zasady starożytnych hord dzikusów, barbarzyńców i pogan. I ten wiek dwudziesty dał światu, już niejednego Nerona, ale trzech nowoczesnych podpalaczy świata całego. Jeden z nich, to wódz szczepów krzyżackich, który pracuje na zasadzie, że pięść jest ponad wszelkimi prawami! Drugi, i co za ironia historyczna, kieruje losami potomków dawnych Rzymian, z kolebki cywilizacji chrześcijańskiej. Starożytny Neron kazał podpalić Rzym tylko. Nowoczesny karzeł rzymski rzucił pochodnię pod fundamenty świata! To wódz jakichś legionów rzymskich, rycerzy o sercach zajęczych, który naród zamienia w sługi bezmyślne na cele partyjne! Wreszcie trzeci, to derwisz hord kozackich, herszt systemu bolszewickiego, nauki komunistycznej, które w granice republik radzieckich wprowadziły ruinę moralną i zniszczenie materialne. Ten sęp w ludzkim ciele zamierza wznieść ruch rewolucyjny w każdym zakątku świata. Na ruinach zaś naszej cywilizacji pobudować fortece i cytadele bezbożności i niewolnictwa upadlających istotę ludzką. Trzej sprzymierzeńcy mają jeden, wspólny cel, podpalić, spalić i zniszczyć — cały świat! Od lat układali swoje plany. Posuwali się tajemnie i zdradziecko! I dziś już świat płonic. Czy spłonie w rzeczywistości?
 
Z Bukaresztu nadesłano mi broszurkę. Pisana jest przez uchodźcę, z którym widziałem się kilkakrotnie. Opisuje on sceny z palącej się stolicy Polski bohaterskiej, która musiała się ugiąć, ale się nie złamała i po dziś dzień zostaje niezłamaną. Jak Rzym padł ofiarą podpalacza artysty muzyka, tak Warszawa padła ofiarą podpalacza artysty-malarza! Nowoczesny Neron nie mógł znieść widoku Polski, Warszawy i ich mieszkańców! Niech nam opowie nieco autor broszurki. Pisze z dnia l0-go września, 1939 roku. "Po wczorajszej kanonadzie nerwy nie tylko ludności, ale i oficerów i to dekorowanych za odwagę w dawniejszych wojnach, mocno wstrząśnięte. Szkoła, w której mieścił się wczoraj sztab, rozwaliła się w gruzy. Najgorszy był jednak pożar szpitala Przemienienia Pańskiego naprzeciw kościoła św. Floriana. Kilkaset rannych już w nim leżało. Gdy się zapalił od bomb, powstał popłoch. Żołnierz z amputowanymi świeżo nogami próbował na łokciach wyczołgać się z ognia, inni skakali z okien wyższych pięter na bruk, dużo lekarzy i sióstr zginęło ratując chorych, gdy największa sala zawaliła się nagle. Kto widział pożar szpitala, ten wrogowi tego nigdy nie zapomni! 13-go września, zaszedłem dziś rano do kościoła św. Floriana. Właśnie odbywała się Msza św., w małej bocznej kaplicy. Kościół jest wciąż pod ogniem. Już ma kilka dziur w nawie głównej. Miejsce raczej mało nadające się do spokojnych rozmyślań pobożnych. A jednak ludzi na Mszy nie brak. Przychodzą kobiety w chustkach i żołnierze z hełmami stalowymi w rękach. Młody ksiądz odprawiający nabożeństwo, w wojsku nie służy, lecz i on trwa na swej placówce, nie schronił się w bezpieczniejsze miejsce. Kilka granatów przeleciało w czasie Mszy nad kościołem i wyrwało kilka dużych dziur w domach sąsiednich. I znów bataliony porządkują Warszawę. Kto mógł przewidzieć, że taka ilość szkła leżeć będzie na chodnikach miasta po kilku nalotach i bombowaniach. Rozdeptane kawałki szyb utworzyły warstwę jakby białego piasku, czy śniegu. Inżynierowie obliczają, że dla wstawienia szkła w oknach i witrynach sklepów — potrzeba będze czterech lat pracy wszystkich polskich hut szklanych.
 
Nalot 22-go września przeciągnął się długo, bo do szóstej wieczór. Potem zapadł zmrok, jakiś dziwnie wczesny. Wyszliśmy ze sztabu do portu na Wiśle. Warszawa, ta kochana Warszawa, gorzała jak pochodnia! W kłębach dymu, w podmuchach nagłych czarnych chmur, gdy jakiś dach się walił, w trzasku, aż tu słyszanym przepalonych murów płonęła Warszawa. Królewski Zamek palił się jasnym płomieniem. Tym razem już go nie odratują — nie ma czym gasić pożaru. Powoli, w miarę zapadającej nocy rozszerzała się po niebie nad stolicą Polski coraz czerwieńsza, coraz bardziej krwawa łuna. Zabarwiła się od niej Wisła i tak wśród dwóch łun na chmurach i na wodzie gorzał stary Zamek! Ludzie stali na Pradze, patrząc w ciszy na ogień, który niszczył naszą dumę, nasze naródowe pamiątki, nasze dzieła sztuki, polski dorobek i prace pokoleń ... A w sercu nabrzmiewała, rosła i przelewała się wściekła nienawiść! Dobrze, że znów granat w Pragę uderzył. Dobrze, że za nim poszły inne, bo serce nienawiścią przejęte mogło pęknąć z bólu — a musi trwać i przetrwać, by pogrzebania zła się jeszcze doczekać! Wolno, w milczeniu rozchodzili się ludzie z nadbrzeża, do swych pocharatanych domów, wśród poświstu ciężkich pocisków armatnich, wśród trzasku granatów, wybuchów i chichotu szrapneli. . .
 
Budzą się rozmaite myśli: czy warto się szanować? Gdy dokoła walą się nadpalone mury Warszawy, gdy cała Polska się wali, gdy grozi okres powrotnej, choćby krótkiej niewoli narodu, cóż znaczy życie człowieka? I dopiero w tej chwili budzi się myśl potworna: ostatnie skrawki wolnej Pol¬ski to jeszcze Hel, Modlin, Warszawa. Poza tym już wszędzie taka cisza śmiertelna, jak w radio i jak w telefonie. A dziś Warszawę nam tak strasznie palą! Palą, bo jej jeszcze nie zdobyli!"
 
Podobne sceny odgrywały się w przeszło czterystu miastach, miasteczkach i wioskach Polski. Naprawdę, że paliła się nie tylko stolica Polski, ale dosłownie Polska cała! Powietrze zasiane było setkami jastrzębi stalowych, które z dziobów, kadłubów, skrzydeł i ogonów rzucały bomby burzące i rozpalające. Nikomu nie przebaczały, nikogo nie oszczędzały. Waliły w szpitale, biły w kościoły, trzaskały w wieśniaków w polach pracujących. Pod kulami karabinów maszynowych padali ludzie, starcy, kobiety i dzieci. Strzały kierowano w stada bydełka domowego. Polska ziemia zajęczała pod ciężarem czołgów, tysiącznych maszyn opancerzonych, ziejących ogniem, szerzących zniszczenie, cierpienie i śmierć! Komunikaty nieprzyjacielskie stwierdzały posunięcia planowo nakreślone, z zadowoleniem i radością głosząc świetne zwycięstwa popleczników i sług krwiożerczego Nerona dzisiejszych czasów. Kilka miesięcy po poddaniu się walecznej i męczeńskiej stolicy, podpalacz Polski, pociągiem pancernym zajechał do czasowo podbitych ziem polskich, aby oglądać zniszczenie i radować się widokiem zgliszcz i ruin spowodowanych przez hordy krzyżacke. Nie zapomniał też o Warszawie. Podobno długo, bardzo długo miał oczy wlepione w bezkształtne budynki, do niedawna kipiące życiem, dziś zimne i odstraszające swym nagim wyglądem. I co myślicie, że ten dumny, zarozumiały pyszałek artysta-malarz powiedział? Posłuchajcie uważnie i spamiętajcie sobie na zawsze: "co za barbarzyńcy ci Polacy być muszą., że mnie zmusili, abym to zrobi!?"
 
Co za cynizm barbarzyńcy podpalacza? Ciekawym kto, jeśli właśnie nie on, odpowiadać będzie za łzy wylane, za cierpienia poniesione, za krew przelaną na ziemiach polskich! Neron rzymski źle skończył! Minął, jak mija burza wiosenna. Rzym jednak odbudował się chwalebnie i stał się kuźnią nauki i cnoty. Tron Nerona rzymskiego zbudowany na otrudach i morderstwach matki, żony i senatorów, chwiał się. Po pożarze Rzymu w roku 64, mimo że Rzymianie sami posądzali go o podpalenie, cesarz zwalił podejrzenie z siebie na chrześcijan, jako rzekomych podpalaczy i nakazał mnóstwo ich stracić wśród wyszukanych tortur. Rzucano ich więc na pastwę dzikich zwierząt, palono żywcem i krzyżowano! Zdziczały okrutnik nie mógł jednak uśpić narodu. Wśród Rzymian powstał bunt. Neron chciał znaleźć ratunek w ucieczce. Daremnie. Poza Rzymem dogoniła go własna gwardia przyboczna! Jedni twierdzą, że Neron w rozpaczy odebrał sobie życie . Drudzy znów, że kazał się zabić swemu wiernemu słudze! Bądź co bądź, okrutnik zginął śmiercią gwałtowną! Jaką śmiercią zginie Neron nowoczesny? Pamiętajmy jednak, że historia lubi się powtarzać!
 
Nam nie wolno wątpić. Nie wolno rozpaczać! Mimo, że o naszych nadchodzą wieści wprost przerażające, którym trudno uwierzyć, ponieważ swą okropnością przechodzą wszelkie pojęcia ludzkie, wskazują zarazem na dwie zalety, mianowicie na żelazny odpór i na stalową wolę przetrzymania i wytrwania! Wszyscy cierpią spokojnie, godnie, wspólnie. Cierpienia te zjednoczyły wszystkie klasy bez różnicy. Męczennicy stworzyli front granitowy współczucia, pomocy, miłości! Oczekują bez szemrania godziny sądu i dnia wymiaru sprawiedliwości Boskiej i ludzkiej! Modlą się o to! Módlmy się i my wszyscy!