NIE ŁEZ - LECZ UCZYNKÓW! - pogadanka o. Justyna z 10.11.1940 r.

Obywatele amerykańscy zawsze w historii świata odgrywali rolę dobrego Samarytanina! Nigdy nie odmawiali swej pomocy mniej szczęśliwym od siebie! Nie zważali ani na rasę, ani na pochodzenie, ani na wyznanie cierpiących i głodujących! Odpowiadali uczynkami miłosierdzia, odpowiadali szybko, chętnie i hojnie! Serca amerykańskie otwierały się szczerze, bez pytania. Kieszenie amerykańskie otwierały się głęboko. Datki i ofiary płynęły strumieniami amerykańskimi do morza nieszczęść ludzkich i cierpień światowych, zmniejszając cierpienia, lecząc rany, ocierając łzy. Pomoc obywateli amerykańskich szła do każdego kraju, w każdym nieszczęściu. Gdzie zatrzęsła się ziemia, gdzie zajrzała zmora głodu, gdzie wodne potopy zalały posiadłości rolników, gdzie groziło widmo tyfusu, malarii, cholery i innych chorób zaraźliwych, gdzie śmierć stanęła w progu z kosa w rękach, wypatrując sobie ofiary — miłosierna i litościwa Ameryka szła z pomocą!
 
Chiny, Japonia, Hiszpania, Meksyk i nieomal każdy kraj na świecie doznał pomocy i ulgi ze strony obywateli amerykańskich. Żywność i odzież, medycy, doktorzy i pielęgniarki, pomoc finansowa, materialna, religijna i duchowa, to praktyczny dowód, że Ameryka jest miosierna i że Amerykanie mają serca czułe, litościwe i chętne!
 
Wśród obywateli amerykańskich jest spora liczba pochodzenia polskiego! Naród polski zaś, ponad wszystkie narody, słynał z miłosierdzia chrześcijańskiego. Historia setek lat jaskrawo to uwydatnia. Rycerskość Polaków ukazywała się nie tylko na polach walki, ale raczej w dziedzinie miłosierdzia. Tej cnoty nasi ojcowie nie zostawili za sobą w kraju rodzinnym, ale przywieźli ją ze sobą i zastosowali ją w życiu codziennym. Tę cnotę zostawili nam w testamencie. Ja chcę wierzyć, że obywatele amerykańscy polskiego pochodzenia nie zatracili jeszcze cnoty miłosierdzia, mimo że w tej zapalczywej gonitwie za chlebem codziennym pozornie wydają się być obojętni w sprawach miłosierdzia i ratunku! Nie! Serca polskie, to serca ludzkie; to serca chrześcijańskie; to serca szczere i to serca złote! Tvm sercom mówię to, co mawiał Adam Czarnkowski: "Chleb, wielki mówca, potężny pan, sprawny pomocnik. Dałeś komu chleba, wziąłeś mu serce." To prowadzi mnie do przemówienia p. t.
 
NIE ŁEZ - LECZ UCZYNKÓW!
 
Narzekania, łzy i płacze niewiele nam pomogą. Teraz jest czas największy, aby zaciąć się, zagiąć rękawy, splunąć w garście, przeżegnać się i zabrać się do roboty. Nie spuszczać się na drugich. Mało pomocy tam doznamy. Nie mówić: Bóg da, że to jakoś będzie! Pamiętać trzeba o talentach nam przez Opatrzność wypożyczonych i że Bóg pomaga tym, którzy umieją i chcą sobie dopomagać! Lenistwo i niedbalstwo nie znajdą posłuchu w niebie. Narzekaniami i łzami nic nie wskóramy ani w niebie, ani na ziemi. Bóg się od nas odwróci, ludzie nas odepchną. Róbmy co możemy i jak umiemy. Do naszej pracy i starań dorzućmy natarczywą modlitwę oraz pukajmy do serc ludzkich. Wtenczas celu dopniemy i dobrą robotę zrobimy!
 
Od grudnia ubiegłego roku, kiedym powrócił z podróży z krajów bałkańskich, nie ma dnia w którym by nie przychodzili do mnie ludzie stroskani i bolejący nad położeniem swoich na ziemiach polskich! Nie ma przecież prawie człowieka, który by nie miał krewnych lub znajomych tam za morzem, w kraju okrytym kirem żałoby i cierpienia! W kraju bohaterów i męczenników! Przychodzą i wylewają swe skargi, żale i łzy! Rozumiem to wszystko, ale tego zaprzestać trzeba, koniecznie trzeba. Nie czas ręce załamywać, łzy wylewać, wyczekiwać miłosierdzia Bożego i litości ludzkiej. Nie tylko iść lecz lecieć z pomocą, bo to przecież nasi, nie żadni obcy. Wyciągają do nas ręce nasi ojcowie i matki, staruszkowie. O pomoc nas proszą żony i matki Polki. W powietrzu rozlega się rzewliwa prośba biblijna: "Brzydzili się mną moi niegdyś poradnicy i kogom najbardziej miłował, brzydził się mną. Do skóry mego wychudłego ciała przyschła kość moja a zostały tylko wargi około zębów moich. Zmiłujcie się nade mą, zmiłujcie się nade mną, chociaż wy, przyjaciele moi, bo dotknęła mię ręka Pańska!" O sklepienia niebieskie bije echo płaczliwego błagania tych najniewinniejszych ofiar, dzieci, o kromeczke chleba, a nie było i nie ma kto by im dał!
 
Dnia 23-go grudnia 1939 roku  powracałem do Ameryki. Nasz statek, prawdziwy olbrzym morski, wjeżdżał do zatoki nowojorskiej. Stałem na pokładzie z gromadką pasażerów. Kiedy mijaliśmy statuę Wolności,  zdjąłem czapkę z głowy. Jakieś dziwne uczucia radości i wdzięczności targnęły strunami mego serca. Zanim spostrzegłem się oczy zaszły łzami i spływały po licach. Poniekąd zawstydzony, że dałem unieść się uczuciom, zerknąłem w bok ku gromadce pasażerów. Wszyscy stali na baczność. Oni też wycierali oczy. Szczególnie mój kompan podróży, zacny eks-senator Walcott! Spojrzeliśmy sobie w oczy z pełnym zrozumieniem naszego rozczulenia! Kto by mógł się od łez powstrzymać po powrocie z czyśćca europejskiego, gdzie widziałem skutki obecnej wojny, i po dotykaniu się biedy i nędzy tulaczy polskich? Kto by nie czuł wzruszenia na myśl, że tam ludzie w strachu i obawie chować się muszą po schronach, dołach i dziurach przed najazdami we dnie i w nocy? Kto by nie czuł wdzięczności za to, że powraca do najspokojniejszego kraju na całej kuli ziemskiej? Z tych przyczyn zapłakałem sobie. Dlatego płakali inni. Wtenczas, w jednej chwili uczyniłem dwa postanowienia, nieomal dwa śluby, mianowicie:
 
1. Przyjąć na siebie obowiązek jałmużnika-żebraka dla nieszczęśliwych ofiar najazdu i napadu na zacny lud polski. W imieniu tułaczy  wszystkich, w szczególności zaś w imieniu polskich matek i dzieci szturmować do waszych sumień i serc w sprawach niesienia pomocy i ratunku cierpiącym i głodującym.
 
2. Pokazać wam, jak żeście wdzięczni być powinni Bogu za to, że mieszkacie w Stanach Zjednoczonych i jesteście wolnymi obywatelami wolnej Ameryki! Każdy z nas powinien co rano i wieczór klęknąć i modlitwą podziękować Bogu, że jest tu, a nie tam. Następnie ze wzruszeniem pocałować ziemię amerykańską i przyrzec być wzorowym obywatelem, a kiedy i jeśli zajdzie potrzeba, krew przelać i życie złożyć w obronie sztandaru gwiaździstego i kraju, nad którym tak dumnie powiewa!
 
Jeśli myślicie że przesadzam, posłuchajcie listu, umieszczonego w Dzienniku Związkowym przy końcu października, bieżącego roku! Większe z pewnością zrobi wrażenie, aniżeli moje prośby i argumenty. List pochodzi z województwa krakowskiego. Oto dosłowny tekst:
 
"Wielce Szanowny Panie: List Pański z kwietnia 1940 roku przed paru dniami otrzymałem i bardzo dziękuje za pamięć i pozdrowienia. U nas w okolicy, na Podhalu i Śląsku, ten obecny rok jest strasznie niedobry. Przez całą wiosnę i lato nie uzbierało się więcej słonecznych i bezdeszczowych dni jak 5—8. A tak co dzień leje i zimno i powodzie. Zgnoiliśmy już zboża w polach, teraz gniją w stodołach, bo niedobrze uschnięte się zebrało. Ziemniaków na ciężkich, zwłaszcza wilgotnych ziemiach, nie będzie, już w lipcu nieokwitnięte badyle pogniły, a teraz w ziemi bulwy gniją. Kopać nie można, bo okropnie mokro, siać zboża w jesieni chyba nie będziemy, bo konie na głębszych gruntach zapadają się po kolana! Taki krzyż Pański, a przecież to nie jeden i nie najcięższy! Ale mimo wszystko czujemy Opatrzność Bożą nad nami i coraz częściej i powszechnie wznoszą się nasze ręce ku Bogu wyciągnięte w dziękowaniach za to, co było już i z prośbą o przyszłość. Poza tym wiecie pewnie dobrze jak jest u nas. Bogu dziękujcie, żeście nie są w Europie i módlcie się za nami!".
 
Co wy na to? Nie macie odpowiedzi. Niech Wam rzucę taką radę: Z wdzięczności, żeście w Ameryce a nie w Europie, otwórzcie wasze kieszenie i złóżcie wasz grosz jałmużny tym, którzy głodują. Wam chleba nie zabraknie, tam już z głodu umierają.
W Nowym Jorku różne organizacje dobroczynne otrzymują setki listów z terenów okupowanych przez Niemców z opisami stosunków tam panujących. Sytuacja na rynku żywnościowym stale się pogarsza z dnia na dzień, wskutek rabowania i wywożenia artykułów spożywczych mianowicie ziemiopłodów, nabiału i mięsa w głąb Rzeszy. W Warszawie nawet na wolnym rynku odczuwa się brak jarzyn i nabiału. Ludność, przeważnie bezrobotna, cierpi głód. Codziennie na ulicach Warszawy zdarzają się wypadki zasłabnięć z głodu. Organizacje dobroczynne musiały z powodu braku środków zredukować do połowy liczbę wydawanych posiłków!
 
Wiecie wy co to znaczy być wysiedlonym? Przeszliście kiedy tragedię głodu? Zmuszeni byliście cierpieć rozłąkę z rodziną? Kładliście się kiedy wieczorem na spoczynek, przestraszeni myślą, że w nocy przyjdzie policja, rozkaże wam się ubrać, wpakuje was na ciężarówkę lub na wóz towarowy i wywiezie w nieznane i obce strony do obozu koncentracyjnego albo na ciężkie i przymusowe roboty, gdzie znęcać się będą nad wami jak nad niewolnikami w czasach starożytnych? Przez wszystkie te męczarnie przechodzą wasi i nasi! Tysiące rodzin rozbitych. Ojcowie w więzieniach i obozach; matki na robotach; młodzież wywieziona w celach podejrzliwych; dzieci zostawione na łasce losu.
Czy możecie wyobrazić sobie zgrozę położenia milionów istot, nad którymi bezlitośnie znęcają się wysłannicy szatana i piekła? Którzy wymyślają coraz to krwawsze męki i coraz to więcej wyrafinowane zbrodnie! Którzy znęcają się nie tylko nad mężczyznami, lecz co gorsze i podlejsze — nad kobietami, matkami, żonami, córkami i dziećmi! Czy tym milionom męczenników, smutnie i powoli posuwającym się po tej drodze krzyżowej, nie podacie ręki pomocniczej i ratunkowej? Czy możecie oderwać oczy wasze od tego obrazu cierpienia bez sięgnięcia do kieszeni i spełnienia czynu miłosierdzia? Czy pozostaniecie i nadal bezwzględni, zimni i nieczuli? Chyba, że w piersiach waszych bije jeszcze serce ludzkie i chrześcijańskie, dobrotliwe i wrażliwe na płacze, prośby i błagania istot nieszczęśliwych, które są celowo i bezwzględnie skazane na wytępienie, na śmierć głodową!
 
Ja w tej chwili widzę przed sobą postać Chrystusa miłosiernego. Oblicze Zbawiciela przybiera wygląd gniewu sprawiedliwego. Po prawicy stoją tłumy. Na ich twarzach smutek, boleść i cierpienia. Załzawione oczy zwrócone ku Chrystusowi. Ramiona błagalnie ku Niemu wyciągnięte. Z ust sypią się skargi i żale! Zbawiciel patrzy, słucha. Na lewicy stoimy my. I nas jest gromada. Chrystus nagle zwraca się ku nam. Wyciąga prawicę. Wskazuje na tę rzeszę nędzarzy po prawicy Swej i mówi do nas zagniewany: "Popatrzcie się na tych Łazarzów! Patrzcie długo i uważnie! Nie poznajecie ich? Widzicie te oczy załzawione i wystraszone? Widzicie te czoła zakłopotane? Widzicie te lica gorączką spieczone? Widzicie te postacie wychudłe i mizerowane łachmanami i strzępami okryte! Ci nędzarze to bracia wasi. Do was, do swoich wyciągają ramiona. Ja zaś, wasz Chrystus i wasz Zbawiciel, przypominam wam: "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Dawajcie, a będzie wam dane, miarą dobrą i natłoczoną, i potrzęsioną, i opływającą, dadzą na łono wasze. Bo tą miarą, którą mierzycie, będzie wam odmierzono. Jako będziecie mogli, tak bądźcie miłosierni. Będziecie mieli wiele, hojnie dawajcie; jeśli mało będziecie mieli, i mało z chęcią udzielać usiłujcie. Czyń jałmużnę z majętności twoich, a nie odwracaj oblicza twego od żadnego ubogiego; bo tak będzie, że ani od ciebie nie odwróci się oblicze Pańskie. Chleba twego z łaknącymi i z ubogimi pożywaj, a szatami twymi nagich przyodziewaj. Nie odrzucaj prośby utrapionego, a nie odwracaj oblicza twego od potrzebującego. Nie mów przyjacielowi twemu: Idź, a wróć się: jutro dam, gdy możesz zaraz dać! Kto skłonny jest ku miłosierdziu, błogosławiony będzie, bo chleba swego dał ubogiemu. A jeśliby brat i siostra byli nadzy i potrzebowaliby powszedniej żywności, a rzekłby im który z was: idźcie w pokoju, ogrzejcie się, a nasyćcie się, a nie dalibyście im czego potrzeba ciału: cóż pomoże? Kto zatula uszy swe na wołanie ubogiego, będzie i sam wołał, a nie wysłuchają go!"
Jaką odpowiedź dacie Chrystusowi? Wy, którzy macie dach nad głową! Wy, którzy w tej chwili siedzicie w kółku rodzinnym zdrowi, nakarmieni, napojeni, ciepło odziani! Wy, którzy w spokoju pracujecie i prowadzicie życie normalne, bez obawy, że jutro lub pojutrze przyjdzie mocniejszy od was i zagrabi wam wszystko co wam jest drogie, mile i bliskie!
 
Odpowiedzcie wszyscy. Wasza odpowiedź niech będzie szczera, bo musicie odpowiedzieć Chrystusowi, który może wam odebrać wszystko co wam dał. A wtenczas? Wtenczas wy będziecie Łazarzami, uchodźcami i tułaczami! Wtenczas wy będziecie prosić i błagać! Niestety, daremnie i bezskutecznie!
 
Posłuchajcie urywka opisu, raczej zeznania pewnej Polki, która zdołała wydostać się z ziem polskich. Opis przysłał mi polski lotnik, pułkownik z Anglii.
"Nie mieliśmy już wody, elektryczności. Uszkodzone zostały filtry i elektrownia. Gazu już od dawna nie było. Pożary nieugaszone trawiły całe bloki domów. W mieszkaniu o trzech pokojach skupiło się 21 osób, ludzi nieznajomych, którym bomby zniszczyły mieszkania! Ludzie ci potracili bliskich, każdy przeżył jakąś tragedie. Skupiali się wszyscy razem, zasłaniając dzieci, jak ptaki w zbitej gromadzie. Po śniadaniu, złożonym z łyżki rozgotowanego ryżu i herbaty, chleba już dawno nie było, zabierano się do zwykłych zajęć. Bomby waliły ciągle. Przeciągły ich gwizd rozrywał uszy. Powietrze przesycał dym gryzący. Płonęły całe dzielnice. Na ulicach zapach dymu łączył się z odorem krwi i padliny. Trupy ludzi i koni waliły się w rozpaczliwym bezładzie. Alarm trwał.
Obiadu złożonego z zupy nikt nie jadł. Byliśmy wszyscy cali, ale z każdego kąta patrzyli na nas — umarli. Koło młodej matki leżało nieżywe niemowlę, obok płakała mała dziewczynka, której matkę i siostrę rozszarpała bomba. Młoda kobieta, żona pułkownika, tuliła do siebie dwie sierotki po ojcu-bohaterze spod Łodzi. Nikt już nie odczuwał żadnych uczuć litości,
żalu, obawy o własne życie. Rzeczywistość stała się piekłem nie do wytrzymania. Czekało się końca z utęsknieniem. To był 25-ty dzień grozy, trwogi o życie swoich i bliskich!
"Ten straszny, całodzienny nalot, kiedy już wszystkie działa przeciwlotnicze milczały, przynosił jeszcze jedna grozę: strach przed obłędem. Bezsilność nasza podchodziła do gardła, wyrywała się zdławionym krzykiem, ręce bezwiednie podnosiły się do uderzenia, krwawa mgła zasłaniała oczy. Buntował się duch ludzki przed śmiercią niesławną, śmiercią rozgniatanego przez but żelaznej przemocy robactwa! Pożary nieugaszane trawiły miasto, głód panował, w szpitalach brakło opatrunków, wody i lekarstw; rannych nie było sposobu ratować. Trupy czasem przez kilka dni czekały na prowizoryczny pogrzeb na skwerze lub ogrodzie. Ludzie gnieździli się w piwnicach jak szczury. Twarze ich blade jak widma, rzadko ukazywały się słońcu. Pomimo to najcięższym dla nas wszystkich dniem była kapitulacja, było wkroczenie wojsk niemieckich do Warszawy. Pragnęliśmy zginąć wszyscy razem z naszymi żołnierzami i dziećmi, których tyle padło ofiara!"
 
Posłuchacie tego sprawozdania i prawdopodobnie gniew rzuca umysłem i serce odzywa się z oburzeniem! To jednak nie wystarcza! Nie gniewem ani oburzeniem trzeba nam współczuć z nędzą i biedą. Ofiar nam trzeba i datków, aby głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich odziać! To będzie czyn Boży i Chrystusowy!
 
Może nieieden z Was obruszy się na mnie, że proszę, wołam, błagam i pukam do serc waszych w imieniu biednych spoza oceanu, zamiast przemawiać w imię biednych, których mamy wśród siebie. Tu mamy liczne organizacje, kluby i stowarzyszenia dobroczynne, które biednych otaczają staranną opieką. Nasi biedni mają dach nad głową — własne łóżko — żywności  pod dostatkiem — wystarczające i ciepłe ubranie! A tam? Lecz na cóż mi powtarzać rzeczy wam już znane i tyle razy w gazetach szczegółowo opisywane. W miesiącu listopadzie i grudniu 1939 roku widziałem tysiące polskich tułaczy na ziemi rumuńskiej. Z nimi jadłem suchy chlebuszek, piłem gorzka herbatę, wraz z którą połykałem własne łzy, bo żal mi było tych biedaków, wyrzuconych z ziem ojczystych. Żal mi było tych matek i dzieci waszych. Mimo mrozu i zmian tysiące te chodziły w letnich ubraniach. Z utęsknieniem oczekiwali na transporty ciepłej bielizny. Zwiedziłem kilka obozów wojskowych, tak oficerskich, jak żołnierskich. Widziałem żołnierzyków polskich konających z braku lekarstw i opatrunków. Patrzałem na setki wymęczonych, zniechęconych, rozpaczających.
 
Teraz nie ma dnia, aby wyobraźnia moja nie przerzucała nnie za morze i abym nie przeżywał tych scen bolesnych, o których zapomnąć nie mogę. a zresztą — nie chcę! Nie mogę, bo jestem człowiekiem wrażliwym na cierpienia ludzkie! Nie chcę, bo uważam za mój obowiązek chrześcijański prosić i błagać was o waszą pomoc, o waszą jałmużnę, o wasz datek, o waszą ofiarę! Czynię to dziś. Uczynię to jutro i pojutrze! Robię to w imię największego obrońcy biednych, bo w imię Chrystusa. Robię to w imię tych największych męczenników w historii świata, w imię naszych Polaków i Polek, których jedyną zbrodnią było, że chcieli żyć wolni z wolnymi. Woleli krzyż i śmierć nad niewolę! Tym i takim trzeba pomóc; tych i takich ratować powinniśmy. A więc nie płaczmy. Pomagajmy według możności!