CZEMU SIĘ MODLIĆ? - pogadanka o. Justyna z 17.11.1940

Witam Was, zacni Rodacy i miłe Rodaczki, słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

W czasie mego pobytu w Bukareszcie, stolicy Rumunii, która dziś zalana jest głodnymi hordami kulturalnych barbarzyńców, byłem świadkiem rozmaitych scen. Widziałem rzeczy, o których nigdy nie marzyłem. Słyszałem opisy, które, kiedy po powrocie powtarzałem na rozmaitych zebraniach, napotykały na niewiarę. Słuchacze oskarżali mnie o przesadę. Dotykałem biedy w całej jej brutalnej nagości. Widziałem niedokarmionych, głodnych, bosych i nagich. Widziałem wystraszonych, zdenerwowanych. Widziałem ciężko niedomagających, śmiertelnie chorujących i powolnie umierających na malarie, tyfus i czerwonkę. Wśród tej biedy i cierpienia zauważyłem mało niezadowolenia a jeszcze mniej rozpaczy! Dlaczego tak? Gromady uchodźców mają wiarę i umieją się modlić. Ze wszystkich przykładów, których naocznym świadkiem byłem, a które mnie raz budowały a drugi raz upokarzały, przytaczam następujący:

W pewną sobotę gościłem u siebie jednego z byłych ministrów rządu polskiego. Spokojny to i miły człowiek. Po długiej a serdecznej pogawędce ów eks-minister zwrócił się do mnie z taką uwagą: Jutro niedziela więc O. Justyn powinien zwiedzić kościoły, w których polscy uchodźcy biorą udział w nabożeństwach. Tworzą oni obraz wart widzenia. Zwracam się do gościa ze spostrzeżeniem, że już byłem w tych świątyniach z wyjątkiem jednej, a mianowicie kościoła włoskiego na bulwarze Bratianu. Umawiamy się wiec, że jutro odprawie Mszyczkę w kaplicy Sióstr Miłosierdzia. Na śniadanie przyjdzie do mnie eks-minister. Potem razem przejdziemy się do kościółka włoskiego, aby z innymi uchodźcami być na sumie! W niedzielę grudniową idziemy. Mimo że to już blisko 10-ta godzina, nad miastem wisi ciężka mgła. Deszczyk w powietrzu. Chłodno graniczące z zimnem. Jeszcze kilka bloków od kościółka, a zauważyłem setki a setki ludzi przy murach i przed frontowymi drzwiami kościoła. Kiedy stanąłem tuż przy nich, zauważyłem, że ta biedota, wychudzona, wynędzniała, nieomal że w łachmanach, modli się pobożnie i żarliwie! Po utorowaniu mi drogi przez byłego ministra, bocznymi drzwiami dostałem się do wnętrza kościółka. Przepełniony. W ławkach klęczeli biedni tułacze. W nawach stali. Każdy w ręku trzymał książeczkę lub różaniec. Na twarzach spokój i skupienie. Po ewangelii młodziutki ksiądz przemówi! krótko. Wierni wlepili w niego oczy, jakby chcieli wzrokiem wejrzeć w serce i w dusze mówiącego. Skończył. Zwrócił się do ołtarza i zaczął odmawiać Credo. Na chórze odezwały się organy. Ktoś zaintonował suplikacje. Lud pochwycił melodie: Święty Boże, święty mocny, święty a nieśmiertelny". Śpiewał głosem żałosnym, śpiewał głosem błagalnym. Kiedy jednak doszło do słów "od powietrza głodu, ognia i wojny," nagle zarwały się głosy śpiewających — śpiew ustał. Tylko organy grały dalej. Ludzie — płakali. Płakali głośno. Płakali wszyscy. Płakali mężczyźni, płakały kobiety. Już nie mogłem znieść dalej tej sceny. Z trudem wydostałem się z tej ciżby. Stanąłem wśród gromadki otaczającej kościółek. Wreszcie. Msza św. się ukończyła. Kapłan klęknął u stóp ołtarza, odmówił pacierze za dusze umęczonych Polaków i zaintonował: "Boże coś Polskę." Organy przygrywały melodię. Nie odezwał się ani jeden głos. Widocznie przed wyobraźniami uchodźców przesuwał się cały ogrom nieszczęścia, które się zwaliło na nich nagle, niespodziewanie, jak burza letnia, łamiąc, niszcząc, rozwalając wszystko w drodze! Zamiast śpiewu, dał się słyszeć szloch i płacz. Łzy, wielkie, cieple, gorzkie łzy, obficie kulały się po twarzach tułaczy i zraszały ziemię Bukaresztu.
Nigdy w życiu nie słyszałem śliczniejszej i więcej wzruszającej modlitwy, serdeczniejszego i wymowniejszego pacierza, jak te szlochy zmieszane ze łzami tułaczów. I to prowadzi mnie do mowy:

CZEMU SIĘ MODLIĆ?

Kiedy patrzę na społeczeństwo nasze, widzę zamieszanie, niepewność, niechęć, bezradność! Widzę, że mimo powodzenia i dobrobytu materialnego  jest wśród nas pewna próżnia — niezadowolenie! I chcąc nie chcąc wyobraźnia moja przerzuca mnie lata temu wstecz. Idę do lat kiedy to do Stanów Zjednoczonych tłumnie przybywali praojcowie nasi. Jednych przypędziła tu bieda. Brak chleba wyrzucił ich na brzegi Ameryki. Drudzy tu przywędrowali aby uniknąć prześladowania politycznego. Nieprzyjaźni ścigali ich jak zwierzątka leśne. Uszli aby przy życiu się zachować. Inni wreszcie porzucili tymczasowo rodziny, bo wróg chciał im odebrać Boga i język ojczysty. Na to zezwolić nie mogli. Z tym pogodzić się nie chcieli! A więc zabierali cały swój majątek i dorobek. Pakowali do kufra albo pudła i puszczali się w dalekie i nieznane kraje. Szli do obcych, bez znajomości obyczajów, zwyczajów i języka. Po przyjeździe trafiali na trudności i przeszkody, na szykany, pośmiewiska i pogardy. Wysyłano ich do najcięższych robót. Wyzyskiwano ich wytrzymałość i uczciwość. Płacono im pejdy niewolnicze. Za kromeczkę chleba codziennego, nasi ojcowie wydawali łzy i poty. Mimo to nie tylko że się nie załamali, ale nawet się nie zniechęcali. Skąd czerpali te siłę? Gdzie znajdowali moc na to wszystko! Bóg był źródłem, bo w Boga wierzyli. Miłość do rodziny, była powodem, bo rodzinę kochali ponad wszystko. Całe ich życie obracało się koło domu i familii. Modlitwa była środkiem, bo chcieli i umieli się modlić. Zrozumieli korzyść i potrzebę modlitwy. I modlili się.

Przed kilku miesiącami powracałem pociągiem z Chicago do Buffalo. Poszedłem do przedziału przeznaczonego dla palących. Nie długo byłem sam. Przysiadł się do mnie jakiś inteligent. Poznać było można z rysów twarzy, że to człowiek nie zwyczajny. Zapalił sobie fajeczkę. Zaciągnął się kilkakrotnie, rzucił na mnie badawczym spojrzeniem i wszczął rozmowę. Naturalnie, że po kilku wstępnych zdaniach, skierował mowę na temat religii. Był to minister protestancki, który w podróżach zwiedził nieomal świat cały. Opowiadał o wrażeniach, które odniósł, spotykając się z ludźmi w rozmaitych zakątkach świata. Jeden przykład utkwił mi w pamięci. Mówił o skutkach modlitwy, która ludziom dodaje siły do codziennych utarczek, wzmacnia ich odwagę w przykrościach życia, i nieraz całkowicie zmienia ich poglądy na świat, ludzi i na życie ludzkie.

Mając posadę w maleńkiej mieścinie blisko Bostonu, gdzie miesiące letnie, spędzała zamożniejsza klasa Amerykanów, z bliska obserwował ich tryb życia, zapatrywania i sposób prowadzenia biznesu  Napotykał wśród nich rozmaitych: dobrych, obojętnych i złych. Większy procent, niestety, tych ostatnich. Nie dziwić się jednak, bo zawsze tak, że gdzie wiele złota, tam mało Boga! Często, w swej pracy napotykał na pośmiewiska i szyderstwa. Była jednak jedna rodzina, która mimo powodzenia i materialnych dostatków, znana była z powodu prostej a zarazem głębokiej wiary. Po czterdziestu latach pożycia małżeńskiego, po wychowaniu trzech synów i jednej córki, zacna i wzorowa żona, powołana była przez Stwórcę do nagrody wiecznej. Po pogrzebie, wdowiec chodził niespokojny i zdenerwowany. Nie mógł odzyskać dawniejszego spokoju i zadowolenia. Około miesiąc później przysłał po ministra, prosząc aby koniecznie odwiedził go. Poszedł do niego tego samego wieczora. Zmieszany przestępował progi prawdziwego pałacyku. Podłogi pokryte grubymi dywanami: na ścianach starożytne obicia; krzesła, stoły i kanapy importowane z krajów pozamorskich, wykładane klockami kosztownymi i rzadkimi. Słowem, niczego nie brakowało, co by można za pieniądz nabyć. No, dziw nad dziwy, zamożny wdowiec, był w dobrym humorze. Z uśmiechem na ustach przywitał pastora, i mówił: "Z pewnością, że dziwi cię Wielebny Panie, moje zaproszenie. Mam jednak powód dlaczego chciałem się z tobą widzieć! Posłuchaj: już dobre czterdzieści lat temu, zaraz po ślubie, zawarłem pewną ugodę z moją żoną nieboszczycą. Ugoda była taka: że co wieczór po ukończonej pracy, oboje klękniemy przy łóżku i odmówimy pewne krótkie pacierze. Ponieważ byłem przekonany, że ona była lepszą ode mnie, i że Bóg prędzej wysłucha jej próśb, ona zawsze na głos mówiła pacierze, ja za nią powtarzałem po cichu, trzymając ją za rękę. Praktykowaliśmy to przez czterdzieści lat, modląc się jak małe dzieci. Widocznie podobało się to Bogu, bo nam dopomógł; żyliśmy w porozumieniu i zgodzie, dzieci wychowaliśmy na ludzi porządnych; majątek pomnożyliśmy wielokrotnie. Wreszcie, po krótkich cierpieniach, odeszła od nas. Przez te kilka dni chodziłem zrozpaczony. Nie wiedziałem co robić. Wczoraj rozgoryczony klęknąłem przy łóżku, szepcąc pacierze, zapomniałem że żony przy mnie nie ma, szukałem jej dłoni. Zdawało mi się, że jakaś niewidzialna ręka chwyciła moją, i uścisnęła czule i serdecznie. W tej chwili jakaś nowa energia wstąpiła we mnie, i jakoby jakiś głos szepnął do mnie, że nie trzeba mi upadać na duchu, ale żyć dalej, pracując i pamiętając że jeszcze wiele dobrego mogę zdziałać za życia. Dlatego chciałem się z tobą widzieć i powiedzieć ci, co dla mnie uczyniła modlitwa za życia i po śmierci mej żony!" 

— Czy to samo nie może uczynić modlitwa i w twoim wypadku, zacny słuchaczu i miła słuchaczko? Jak brakuje dziś ludzi którzy lubią i chcą się modlić? I dlatego na świecie nie jest tak, jak być powinno. Sam świat naturalny i nierozumny, modli się na swój sposób. Spojrzyj na słońce. Przypatrz się słońcu. Wejrzyj na księżyc. To wszystko głosi moc, siłę, dobroć Stwórcy! To wszystko głosi chwałę Boga! Drzewka, trawka i ptaszki, upiększają świat i one śpiewają i wychwalają Pana! Jedynie człowiek i tylko człowiek o Bogu zapomina — od Boga się odwraca i Boga porzuca!

Słuchaj, czy koniecznie chcesz, aby Bóg zmusił cię do modlitwy? Radziłbym ci, i to szczerze, abyś takiej chwili nie oczekiwał. Czy chcesz czekać aż Bóg uderzy w ciebie obuchem przykrości i cierpienia? Czy będziesz się opierał aż Stwórca strzeli w ciebie grotem nieszczęścia, choroby? Czy nie jest bezpieczniejszym zawczasu zgiąć kolana, schylić głowę, złożyć ręce i wołać: "Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech".

Czy nie jest rozumniejszą rzeczą żyć z Bogiem, aniżeli bez Boga a tym bardziej przeciw Bogu? Rzucam takie natarczywe pytania wszystkim, którzy idą luzem nie poczuwając się do żadnego obowiązku wdzięczności względem Stwórcy, w którego rękach leży byt, życie, powodzenie i całe szczęście każdej istoty! Wystarczy, aby Stwórca odwrócił od nas Oblicze Swoje, a zapadłby się cały gmach, nad którym pracujemy i mozolimy się. W mgnieniu oka zanika spokój, a niepewności rwą duszę na strzępy; kończy się zadowolenie, a serce zapala się płomieniami wygórowanych zachcianek; w końcu podrywa się umysł i upada fizyczna i moralna strona człowieka! Czemu więc nie zapobiec owej katastrofie fizycznej i moralnej przez szczere, pokorne i dokładne rozmówienie się z Bogiem? Przecież to jest modlitwa! Tego spodziewa się od swego dziecka każdy rodzic! Syn czy córka nie może i nie umie sobie poradzić we wszystkich trudnościach życiowych. Cóż więc robi w takich wypadkach? Śmiało idzie do rodziców. Przedstawia im szczerze i z zaufaniem swoje kłopoty. Rozsądny i doświadczony rodzic cierpliwie wysłuchuje sprawy, doradza trzeźwo, pomaga chętnie. Dlaczego? Ponieważ umie, może i chce! I tak, szczęśliwe dziecko, bo widzi dla siebie drogę utorowaną do prowadzenia życia w trybie normalnym, zwyczajnym. Szczęśliwy też i rodzic, ponieważ swą radą i pomocą, dopomógł synowi lub córce, o których szczęściu zawsze myśli i dba i planuje! Dlaczegóż i my nie chcemy w podobny sposób postępować względem Boga? Przecież tak łatwo nam to przychodzi! Nie potrzeba na to wysiłków. Wystarczy poczucie pokory, niemocy, bezradności i zależności od Istoty, która kiedyś swą wszechmocą świat stworzyła; od Istoty wszechmądrej, która losami świata kieruje; od Istoty, która w swej sprawiedliwości kiedyś ze Stwórcy i Ojca zamieni się w Sędziego!

Zresztą, czy nie mamy również powodów aby do Boga się zbliżyć i Mu podziękować za pewne łaski osobiste? Mówisz że nie masz za co? Ano dobrze, ale posłuchaj! Masz życie i zdrowie i pracę. Masz rodzinę, zacną żonę i dobre dzieci. Czy to nie coś, za co Bogu dziękować powinieneś? Jest więc przyczyna abyś się modlił. Jeśli zaś masz to wszystko, zapewnie pragniesz posiadać to wszystko jak najdłużej, nieprawda? Zapewne w życiu twoim widziałeś takich jak ty, nad losem których słońce zaszło nagle. Uderzyły w nich wiatry, burze, błyskawice i grzmoty. Życie ich złamały, zdrowie nadwyrężyły, rodziny rozbiły. Na ruinach zdrowia, szczęścia, powodzenia ukazały się upiory chorób, nieszczęścia, niepowodzenia i śmierci! A skąd ty masz zapewnienie, że ciebie nie spotka coś podobnego? Kto ci powiedział że jutro, pojutrze, za tydzień lub za miesiąc, bodziesz miał pracę? zdrowie? Przestań sięgać tak daleko w przyszłość, nie idź poza jutro! Zadam ci takie pytanie: Czy jesteś pewien, że jutro będziesz przy życiu? Że przez następne dwadzieścia i cztery godziny, cień nieszczęścia nie zaćmi, nie sięgnie do progu twego domku? Że śmierć nie wyciągnie swej dłoni kościstej i nie wyrwie z twego otoczenia jakiej osoby tobie bliskiej i drogiej? We wszystkich tych wypadkach, to osobiście jesteś bezradny i bezbronny! Ale jest jednak moc i siła nadludzka i nadprzyrodzona od której wszystko i wszyscy zależą! Czy nie uważasz że byłoby stosowną i odpowiednią i korzystną rzeczą, abyś do tej wszechmocnej Istoty się zbliżył i z tą Istotą porozmawiał w sprawach tyczących się szczęścia twego i twoich? Spytasz się jak? Odpowiedź jest jasna: przez modlitwę. Przez modlitwę szczerą, przez modlitwę prostą!

Dawno, już dawno temu pisał ktoś tak: "Jakże strasznie niewdzięcznym jest człowiek, który w lenistwie opuszcza swe ręce, kiedy na rozkaz Pański świat cały dlań pracuje; dla niego słońce i księżyc są w ciągłym biegu, ślą mu swe ciepło, światło i życie; ziemia gotuje mu pożywienie, pszczółka zbiera miód, owieczka szykuje swą wełnę, krówka mleko, winna macica — swój słodki napój. Wszystkie stworzenia służą człowiekowi, zaspakajając jego potrzeby ... a on nieraz nie myśli podziękować Temu, co tyle mu świadczy dobrodziejstw!" Co mu wiec należy uczynić? Nic więcej jak, modlić się!

W ostatnią niedzielę października obchodziliśmy święto Chrystusa Króla! Po co to? Aby przypomnieć, nie tylko katolikom i wierzącym, ale światu całemu, ludzkości wszystkiej, że losami świata kieruje Ten, który świat stworzył. Ten który głosił, że "Beze mnie nic uczynić nie możecie!" Smutna to prawda, że w ostatnich dwudziestu pięciu latach, świat w imieniu ludzkości, nie tylko wołał, ale formalnie krzyczał: "nie chcemy, żeby Ten nad nami panował!" Z jakim skutkiem? W świecie mamy dziś nie tylko chaos, ale prawdziwą Sodomę i Gomorę. Bo ludzie zapomnieli, że wszyscy i wszystko należy do Chrystusa. Wszyscy i wszystko poddane być powinno Chrystusowi! Znów przez modlitwę!

Trzy lata temu, wołany byłem do chorego. Zdziwiło mnie niemało, że wołany byłem do dzielnicy w której nie ma Polaków. Dziwiłem się też, że wołany byłem do człowieka o nazwisku niepolskim. Mimo to, nie zważając na te sprzeczności, nie okazałem żadnego zdziwienia. Mnie wystarczył fakt, że wołano mnie do chorego. Wszedłem do samochodu, którym powoził syn chorego. W czasie podróży on do mnie nie przemówił. Ja też milczałem. Po piętnastu minutach, samochód zatrzymał się przed kamienicą. Syn poprowadził mnie do głównych drzwi. Wszedłem bez słowa. Poprowadził mię na piętro. W poczekalni siedziały trzy panienki i dwoje młodzieńców. Powstali grzecznie, na powitanie. Milczenie przerwała jedna z dziewcząt, wskazując na drzwi w głębi poczekalni i mówiąc po angielsku: "tam jest nasz ojciec. Proszę iść do niego, bo czeka niecierpliwie!"

Wchodzę do pokoju. Na łożu leży człowiek w starszym wieku. Twarz wynędzniała. Czoło pokryte chmurkami niepewności i smutku. Oczy błyszczą jak dwa węgle rozpalone. Człowiek cierpi. Poznać można z łatwością. Mówi do mnie poprawną i czystą polszczyzną, wskazując na krzesło, tuż obok łóżka. "Proszę siadać i posłuchać co mam do powiedzenia!" Widocznie, że chory jest czymś wzruszony. Ja nie mniej. Siadam. Chory poprawia się na łóżku. Podpiera się na łokciu. Mierzy mnie wzrokiem, jakby chciał przekonać się, czy może mi zaufać! Wreszcie zaczyna mówić. Posłuchajcie. "Do Ameryki przyjechałem pięćdziesiąt lat temu. Zabrałem się do roboty. Mimo trudnych warunków, zacząłem się dorabiać. Czym lepiej mi się powodziło, tym więcej oddalałem się od Boga. Czym więcej miałem, to po więcej sięgałem. Z czasem wyprowadziłem się z dzielnicy polskiej. Zmieniłem moje nazwisko. Żonie jednak nigdy nie przeszkadzałem w wychowaniu dzieci po katolicku! W końcu w gonitwie za majątkiem, przestałem się modlić. Żonę straciłem dwa lata temu. Umierając prosiła mnie, abym raz postanowił żyć tak jak mnie nauczyli moi rodzice. Prosiła mnie, abym w ten sposób dawał dobry przykład naszym dzieciom. Ja ani przyrzekłem, ani żem nie odmówił. Często jednak o tym myślałem. Dziś postanowiłem zrobić to, o co mnie prosiła moja żona nieboszczyca. Teraz, kiedy muszę spędzać całe dni i noce w łóżku, mam czas poznać ile Bóg uczynił dla mnie, mimo żem Boga porzucił i o Bogu zapomniał! Dla odzyskania spokoju sumienia, abym mógł umrzeć spokojnie, pragnę się wyspowiadać w języku któregom nauczył się na kolanach matki i w którym modlić mnie nauczyła!" Chory westchnął głęboko i żałośnie. Spojrzałem na starca. Rumieńce okryły jego policzki. Z ócz łzy się kulały. Zaczął się spowiadać. I wierzcie mi że takiego serca skruszonego nigdy przedtem nie słyszałem. Chyba że sam Zbawiciel uśmiechnął się na widok tego syna marnotrawnego. Kto wie, czy do tego nie przyczyniły się modlitwy żony
pobożnej i dzieci drobnych. W dwa dni po tym, mój chory zakończył życie. Umarł spokojnie, z uśmiechem na bladych ustach!

Gdyby wreszcie wszyscy chcieli zrozumieć, że modlitwa jest pożyteczna i wszystkim potrzebna! Prędzej Bóg by się nad światem zlitował. Prędzej by się zakończyła pożoga, w której świat ginie! I prędzej by nad światem zabłysła gwiazda zwiastująca pokój i szczęście całej ludzkości. A więc módlmy się wszyscy, wszyscy bez wyjątku! Za wzór bierzmy sobie żołnierza polskiego, który pisał z obozu w Rumunii: "Daliśmy ze siebie wszystko na co nas było stać, i chociaż los skazał nas na poniewierkę, to jednak duch w nas jeszcze się nie załamał i gotowi jesteśmy do dalszych ofiar. Czekamy też z jakąś podświadomą pewnością i wiarą w zwycięstwo i zanosimy w dziwnym zapamiętaniu religijne modły do Boga każdego dnia, ufni, że przyjdzie wreszcie dzień, kiedy zaintonujemy "Te Deum"!