MARNOTRAWNI - pogadanka Ojca Justyna z 27.11.1932 r.

 

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Od pierwszej niedzieli bieżącego miesiąca zaczęły nadchodzić listy. Cieszy mnie to wielce. Lecz sporo tych listów, aż za wiele, zawiera zażalenia bolesne, na czytanie których człowiek jeśli już nie traci wiary w szlachetność i sprawiedliwość ludzi, to przynajmniej powątpiewa o nich! Smutne, bardzo smutne, że coś podobnego dzieje się pomiędzy ludem naszym. Zrywają się ogniwa łańcucha miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Mężowie porzucają żony — ojcowie opuszczają dzieci — zostawiając je na łasce losu; żony odrzucają mężów, matki wyrzekają się własnych dzieci, i ze szeroko otwartemi oczami, idą na marne. Synowie i córki zapominają o czwartem przykazaniu Bożem: "Czcij ojca twego i matkę twoją," — słuchają podszeptów zazdrosnych sąsiadów albo namów sobie równych wiekiem i umysłem, porzucają progi domów rodzicielskich, idą w świat! Gdzie okiem rzucimy, widzimy smutne i w żałobie postacie! Zdrajcy mężowie — bez serca ojcowie — niewierne żony — nielitościwe matki — hardzi synowie — nieposłuszne córki. Śladami tej wielkiej armii idzie głód i nędza, gniew i zazdrość, zemsta i przekleństwo. Nie brak i śmierci gwałtownych! Nie dziw! Sumienie to robak, przed którym ani uciec, ani schować się człowiek nie może. Gryzie we dnie i w nocy, nigdy spokoju nie daje. Winowajca szuka wiec ukojenia, najpierw w pijaństwie, potem w wszelkich dogadzaniach, często w wybrykach, wreszcie wymęczony, zniechęcony, przesycony a jednak niezadowolony i niezaspokojony, szuka rozwiązania tej tak zawikłanej zagadki życia ludzkiego. Strzela mu do głowy jedna myśl. Uwolnić się, zakończyć wszystko. Woda lub trucizna; powróz lub rewolwer. Niezliczone ofiary, w te sposoby, kładą koniec, smutny koniec, życiom złamanym, marnie spędzonym, wstyd i hańbę przynoszącym rodzinom, a szczególnie dzieciom niewinnym. Mało, albo zgoła nic by to mnie nie obchodziło, gdyby działo się to pomiędzy ludem pogańskim lub pomiędzy barbarzyńcami; lecz gdy pomyślimy, że to odgrywa się codziennie pomiędzy naszymi rodakami, wśród potomków narodu słynącego na świat cały z świątobliwości i
rycerskości! Ach, smutny to, bardzo smutny obraz, który przedstawiam słuchaczom moim pod tytułem:

MARNOTRAWNI!

Posłuchajcie tego listu, pisanego z Chicago: "Wielebny Ojcze:
Mam lat szesnaście. Jest nas ośmioro dzieci w rodzinie. Mama nasza chociaż niezdrowa, chodzić musi do pracy. Nasz tata, pięć lat temu, kiedy dobrze zarabiał, zostawił nas i poszedł sobie z inną kobietą, która też opuściła swój dom. Tata nasz przegrywał w karty i przepił co zarabiał. U nas bieda, a my codziennie modlimy się, aby mama nasza była zdrowa, bo cóż byśmy zrobili?"

Drugi list też z Chicago:

"Jestem matką czworga dzieci. Straciłam zdrowie ze zmartwienia i ciężkiej pracy. Już od dwóch tygodni leżę w łóżku, może i też dla tego, że nieraz niedojadłam, aby dzieci miały nieco więcej pożywienia, a i tak nie mamy nawet dosyć pieniędzy, aby kupić kawałek mięsa. Mąż mój, za namową innych, opuścił mnie i dzieci; obecnie siedzi na wiarę z inną niewiastą. Zdaje mi się, że nieraz od rozumu odchodzę, kiedy pomyśle jak ze mną mąż sobie postąpił. Proszę się pomodlić, aby Pan Bóg nad nami sig zmiłował!"

Trzeci list z Pittsburgha:

"Mam lat dziesięć, piszę do Ojca Justyna z prośbą o pomoc. Żeby Ojciec Justyn wiedział, jaki był nasz tata niegodziwy. Zawsze był pijany. Mama dostawała pomoc od towarzystwa. Tata, kiedy mama przyniosła "czek," mamę kopał, bił i za włosy ciągnął, aż mu czek oddała. Szedł gdzieś do sąsiadów i powracał pijany. Przepijał to za co żeśmy mieli sobie kupić jedzenie. Trzy tygodnie temu wyszedł z domu; mówił, że więcej go nie zobaczymy. Nie wiemy co się z nim stało."

Czwarty list z East Pittsburgh:

"Cóż ja mam zrobić? Czy mnie i dzieci moje Pan Bóg opuścił? Moja żona, licząca 37 lat, porzuciła dom, mnie i dwoje dzieci i poszła w świat z drugim mężczyzną i to nie Polakiem. Żonie, chociaż domu nie pilnowała, tylko co wieczór na card parties albo do teatrów latała, nigdym złego słowa nie powiedział. Myślałem, że się poprawi. Dwa miesiące temu, wyjęła z banku całe moje oszczędności, siedemset dolarów, i uciekła."

Piąty list z Detroit:

"Ja wiem, że Wiel. Ojciec nie ma czasu, lecz niech przeczyta mój list; nie mamy kogo, aby się pożalić, a zresztą wstydzimy
się za naszego ojca, który nas opuścił. Nigdy do kościoła nie szedł. Należał do jakiegoś towarzystwa, i za każdy raz jak przyszedł ze zebrania, przyprowadzał ze sobą kilku przyjaciół. Razem przy "munszajnie", przeklinali, bluźnili Bogu, i wyśmiewali się z religii. Jak nasza mama prosiła, aby zaprzestali, to ojciec mamie nawymyślał i bił! Czy możemy szanować takiego ojca? Wczoraj odgrażał się, że nas wymorduje, poszedł i nie wiemy co się z nim stało."

Szósty list z Cleveland:

"Ja już nie wiem co mam zrobić z moimi dwiema córkami. Jedna ma siedmnaście a druga piętnaście lat. Obie opuściły dom, bo córki sąsiadki je namówiły. Nie było jednego wieczora w tygodniu, aby były w domu. Co wieczór gdzieś! Na tańce, szczególnie gdzieś w jakichś halach. Przychodziły do domu o czwartej lub piątej z rana; kiedy je prosiłam i upominałam, wyśmiewały się ze mnie. Bóg mi świadkiem, że chciałam tylko, aby się nie poniewierały, a one poszły sobie odemnie! Dziś nawet na mnie nie patrzą, a mnie serce pęka z boleści."

Siódmy list z Buffalo:

"Proszę mi poradzić: miałam tylko dwóch synów! Obaj nigdy nie chcieli pracować, tylko we dnie i w nocy albo wystawali na narożnikach Broadwaju, albo w 'pool-roomach'! Z rana przychodzili pijani. Dwa razy mnie pobili za to, żem nie chciała drzwi im otworzyć. Tydzień temu, zabrali wszystko co mogli, nawet obrusy ze stołu i poszli z domu. Mieszkają u swych partnerów na strychu."

Ósmy list też z Buffalo:

"W tej chwili nie mamy chleba w domu; dzieci trzęsą się od zimna: mój mąż niedawno temu wybrał resztę pieniędzy z banku, wyjechał z miasta z inną kobietą, a mnie zostawił bez centa. Wstydzę się prosić o pomoc. Mąż mój przez 20 lat nie był u spowiedzi św. W domu mieliśmy piekło. W niczym nie można było mu dogodzić! Dzieci od niego uciekały. Dla drugich przyjemny, a dla własnych jak najgorszy tyran."

Ostatni list, z Hamtramck. Mich.:

"Moja siedmnastoletnia córka uciekła z domu, bo mówiła, że ja jestem dla niej za "old-fashioned". Trzy i cztery razy w tygodniu przyprowadzała do domu innonarodowca i innowiercę. Kiedym ją napominała, to powiedziała: "Mamie wystarczy chleb i kawa, bo w starym kraju, nic więcej nie mieliście, ale ja potrzebuje więcej pieniędzy i rozrywki. On jest bogaty, może mi dać wszystko, wy mi nic nie dacie. Co wielkiego, że on nie Polak i nie katolik? To nic nie znaczy. Pieniądze to wszystko." Proszę Ojca, mam własny dom, czysto i dobrze umeblowany. Ta córka była dobrem dzieckiem, aż poszła do roboty w hotelu.
Od tego czasu tak się zmieniła we wszystkiem, że nie do rozpoznania. Modlę się za nią, aby przyszła do rozumu, zanim będzie zapóźno."

Czy listy Wam przeczytane, nie pokazują, że nawet wśród tych, którzy są potomkami narodu na świat słynącego z cnót, jakimi żadna inna narodowość szczycić się nie może, że nawet wśród tych, zepsucie i zgnilizna coraz to głębsze zapuszcza korzenie, i podobne owoce wydaje? Ileż to łez i szlochań, ile narzekania, ile nędzy i biedy, ile złamanych serc, ile spaczonych istot na duszy i na ciele, staje przy drodze życia albo raczej upada na drodze życia? My nie wiemy. Tylko Bogu wiadomo. Przede mną w tej chwili staje postać syna marnotrawnego. Posłuchajcie części opisu tej historycznej postaci, danego przez samego Chrystusa Pana. W domu czuwał nad nim ojciec dobry i kochający; przy boku, stał brat starszy, zawsze chętny z radą i z pomocą. Jednak źle mu było pod dachem ojcowskim. Czuł się niewolnikiem. Pragnął w świat iść i świata używać. Słyszał prawdopodobnie z ust innych. Wyjechał więc w kraj daleki. Rozpustne prowadził życie; zmarnował majątek; popadł w nędzę i w biedę. Aby z głodu nie umrzeć, przyjął chętnie posadę pastucha wieprzów! Siedząc obok koryta, przymierając głodem począł rozmyśliwać nad swoją niedolą. Poznał swój występek. Przyznał się do winy. Mówił sam do siebie: "Jako wiele najemników w domu ojca mojego mają dosyć chleba, a ja tu z głodu umieram. Wstanę i pójdę do ojca mego i rzeknę mu; Ojcze zgrzeszyłem przeciw Niebu i przed tobą. Jużem nie jest godzien być zwan synem twoim, uczyń mię jako jednego z najemników twoich." Nie zwlekając i nie odkładając na przyszłość, w tej chwili swoje postanowienie w czyn zamienił. Skutek i szczęśliwe zakończenie jest wam dobrze znane! Niech przemówię do was, mili radiosłuchacze, obrazkami ze życia codziennego. To są przykłady, które muszą wrażenie na was zrobić!

W pobliżu miasta Buffalo, na farmie żył sobie Polak, który dla przyczyn bardzo ważnych, zmienił swoje nazwisko. Przyczyny były te, że w mieście porzucił żonę i dwoje małych dzieci, zmienił więc nietylko nazwisko lecz zarazem i wiarę. Musiał, bo uciekł z młodą dziewczyną, wziął ślub na sądzie, a wiara nasza na to nie zezwala. Na farmie, którą kupił za pieniądze skradzione prawowitej żonie i biednym dzieciom, ten nieuczciwy mąż i niesumienny ojciec, żył jak pustelnik. Bez Boga i bez przyjaciół. Po latach życia prawie więziennego, zdawało się, że świat o nim zapomniał. Może i tak! Bóg jednak pamiętał! On nigdy nie zapomina. Zbliżała sig godzina Boskiej sprawiedliwości. Pewnego letniego wieczora, farmer obszedł swe gospodarstwo i opatrzył na noc. Był coś niepewny i niespokojny. Powrócił do domu, gdzie niby jego żona kładła się do snu z trzema dziećmi. Sam położył się na spoczynek. Sen nie przychodził. Wstał i usiadł przy stole. Myślał. Już po północy. Czarne i ciężkie chmury przykryły księżyc. Od czasu do czasu, błyskawica przeszywała niebiosa, a groźny pomruk grzmotu, zwiastował burzę. Coraz bliżej i bliżej. W tem nagle, z ogromnym hukiem, syczący pocisk piorunu spadł na pomieszkanie nieszczęśliwca, który zawsze myślał, że był bezpiecznym od sprawiedliwości Bożej, Nadjechali strażacy, lecz już zapóźno. Pożar szalał! Nad ranem odnaleziono, na węgiel spalone zwłoki mężczyzny, niewiasty i trojga dzieci! Taki to koniec spotkał męża i ojca — marnotrawnego!

W czasie wojny światowej, jeszcze tu w Buffalo, mieliśmy następujące zdarzenie. W jednej z tutejszych parafii odbył się ślub. Niby wszystko w porządku, lecz to tylko pozornie. To już był czwarty raz co stary pan, odgrywał rolę młodego pana. Z pierwszą wziął ślub kościelny u schizmatyków; z drugą na sądzie; z trzecią przed ministrem, a w końcu spróbował w rzymskokatolickim kościele. Osobiście udałem się do rodziców tej czwartej młodej panny i opowiedziałem całą smutną historię. Rodzice na to ani mru-mru! Prosiłem aby zawołano córkę. Nadeszła. Do wtenczas nie miałem wyobrażenia, co to znaczy i co może język rozgniewanej i zuchwałej kobiety. Na moje słuszne ostrzeżenia — z ust jej płynął potok lawy gniewu i złości. Historia męża była jej dobrze znana. Lecz o nic nie dbała. Trzy lata później ten niby jej mąż, w szale pijackim, chwycił za rewolwer, który zawsze przy sobie nosił, wpakował w nią kilka kul, dziecku głowę przestrzelił, a siebie trupem na miejscu położył. Oto koniec męża — marnotrawnego!

Teraz jesteśmy w szpitalu. Dwudziestoletnia Polka leży u drzwi śmierci. Umiera sama, opuszczona od wszystkich. Dwa lata temu mieszkała z rodzicami i rodzeństwem. Zdrowa, pobożna i pracowita. Wdała się w nieodpowiednie towarzystwo. Teatry, sale taneczne, "parties" i "road-houses", smutna ta historia skończyła się musowym ślubem na sądzie. Wyśmiewana, sponiewierana, z rozpaczy połknęła arszeniku. Gdzie teraz jej rzekomy mąż? Gdzie towarzyszki? Gdzie ojciec i matka? Gdzie ukochane rodzeństwo? — Biedne dziecko! Oczy krwią zaszły; policzki rumieńcami złowrogiej gorączki spieczone i łzami gorzkiemi zroszone. Wargi zaledwie się już poruszają. Jeszcze jedno głębokie i żałosne westchnienie, i oto koniec — córki marnotrawnej.

Gdybyśmy mogli zedrzeć zasłonę z podobnych scen, bezustannie odgrywających się za murami Domów Dobrego Pasterza, domów poprawy, rozmaitych przytułków i szpitali, zobaczylibyśmy jak nie warto odgrywać tylko pierwszą cześć tragicznych marnotrawnych cór i synów!

Jeden jeszcze obrazek. W ciemnej celi więziennej, siedzi ponury młodzieniec. Więzień ten, to zbrodniarz, złodziej i morderca. Oczy świecą złowrogo. Czoło zmarszczone, twarz skrzywiona. Nigdy on już nie zazna wolności. Zadumany. Przed oczyma przesuwa się dom rodzicielski, ojciec zacny i świątobliwa matka. Czemuż on ich nie słuchał, kiedy go prosili, aby porzucił towarzyszy i trzymał się od nich z dala? Widzi jak w sądzie, ojciec stary patrzał na niego oczyma przepełnionymi boleścią i litością, a matka z przerażenia, zemdlała. Za późno. Dziś zatrzasły się za nim ciężkie bramy więzienne, aby się już nigdy nie otworzyć. Oto smutny koniec syna marnotrawnego.
Teraz zwracam się do tych marnotrawnych mężów i ojców; żon i matek; synów i córek, stawiając im jedno krótkie a dobitne pytanie: Opłaci się takie życie? Powtarzam raz jeszcze: Opłaci się tak żyć? — Niech sumienie wasze wam odpowie, bo Bóg was sądzić będzie! Ty mężu marnotrawny, przypomnij sobie, ten dzień kiedyś klęczał u stóp ołtarza i uroczysty ślub złożyłeś: "I ślubuje ci miłość, wiarg i uczciwość małżeńska, a iż cię nie opuszczę, aż do śmierci." Patrz coś uczynił? Złamałeś ślub, zerwałeś przysięgę Bogu uczynioną! Może w tej chwili twoja prawowita żona, gorzkie łzy wylewa, za ciebie się modli! Czy nie myślisz, że lepiej do domu powrócić? Ty, ojcze marnotrawny, cóżeś ty zrobił? Postąpiłeś sobie gorzej od zwierzęcia bezrozumnego. Porzuciłeś ciało z twego ciała, krew z twej krwi i w świat poszedłeś sobie. Dziecko twoje, lub nawet dzieci twoje uważały cię za bohatera, za obrońcę, za dobrodzieja. Ty stałeś się zdrajcą, tyranem i podłym Judaszem. Czy nie słyszysz jak usta dziecinne, co rano i co wieczór, szepcą modlitwy do Dzieciny Boskiej, o twoją poprawę, o twoje nawrócenie, o twój powrót? Czy nie myślisz, iż czas, abyś do domu powrócił? Ty, żono marnotrawna, czemuś i ty, niepomna na twe przyrzeczenie ślub miłości i wiary i uczciwości małżeńskiej tak brutalnie zdeptała? Czy honor niewieści nie ma u ciebie żadnego znaczenia? Przecież to klejnot, to najkosztowniejszy kamień, w koronie czci, chwały, szacunku i uwielbienia którą Kościół Katolicki, uwieńczył skronie żony chrześcijanki! Żono marnotrawna, czy nie myślisz, że lepiej jest do domu powrócić? Ty, matko marnotrawna, co ty możesz powiedzieć w samoobronie? Czy możesz się usprawiedliwić przed Bogiem — przed sumieniem i przed dziećmi twoimi? Czy serce twoje macierzyńskie, kiedyś tak miłe i ciepłe, już do tego stopnia skamieniało, że nawet płacz i szlochanie twych opuszczonych dzieci, cię nie wzruszy? Pamiętasz, jak żeś je kiedyś do serca tuliła? Zapominasz ile bezsennych nocy nad kołyską spędziłaś? Z dziećmi płakałaś, z dziećmi się cieszyłaś? Dziś! czemu ta zmiana? Może w tej chwili, dzieci w ochronce, może u ludzi miłosiernych, a może opuszczone, w kącie na kolanach, proszą Boga o litość i miłosierdzie dla matki bezsumiennej! Czy nie lepiej matko marnotrawna, że do domu powrócisz? — Synu marnotrawny, co ty możesz powiedzieć? A ty, córko marnotrawna, co masz w swej obronie? Zostawiliście ojca i matkę, braci i siostry, poszliście do obcych, którzy pod płaszczykiem życzliwości, wykorzystają was, a potem? Potem zgniecione i zmiażdżone, złamane i zdeptane, odrzucone, skończycie pomiędzy nieznanymi i nieprzyjaznymi, w szpitalu czy w przytułku! Dziś, tak i dziś, serca ojca i matki są czułe dla was: rodzice was przyjmą z otwartymi ramionami, przytulą do siebie, a przyciskając strapione i zmęczone głowy wasze, do ich piersi rodzicielskich, i dziś znajdziecie tam i pokój i pociechę, odpoczynek i ukojenie! Tak, synu marnotrawny i córko marnotrawna, czy nie lepiej do domu powrócić?
Wreszcie, mili radiosłuchacze, czy wszyscyśmy nie powinni zapytać siebie samych, czy nie czas nam zawrócić na drodze życia i pomyśleć o powrocie do domu naszego Boga, Ojca, Stworzyciela i Zbawiciela? Bo czy gdzie indziej, czy po cudzych domach, znaleźć możemy to co On nam jedynie dać może? Gdzie znajdziemy pociechę w naszych smutkach? Gdzie ukojenie w naszych cierpieniach? Gdzie ulgę w dźwiganiu naszego krzyża? Gdzie pomoc w naszej biedzie? Gdzie? Tylko u stóp Tego, który sam doznał i przeszedł przez cierpienia, jakich żaden inny człowiek nie ponosił, aż na drzewie krzyża zawisł i w cierpieniach strasznych, żalił się: "Boże mój, Boże mój czemuś mię opuścił?" Tylko przy boku Tego, który wołał: "Liszki mają jamy i ptacy niebiescy gniazda, a Syn człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił." Tylko przy sercu Tego, który mówił: "Żal mi rzeszy, albowiem już trzy dni trwają przy Mnie, a nie maja co by jedli: a nie chcę ich opuścić głodnych, aby nie ustali W drodze!" A więc wszyscy z powrotem do domu Ojca naszego! Tam i tam tylko, zadowolenie i spokój, jakich świat nie zna i dać nie może!