KTO WINIEN? - pogadanka o. Justyna z 15.12.1940 r.

Jeśli kiedy w historii świata, ludzie mający oczy ku widzeniu, nie widzieli, mający uszy ku słyszeniu, nie słyszeli, to właśnie w czasach obecnych. Mam przed sobą list, pisany przez człowieka, w którym widocznie mieszka uparta i twarda dusza. Przytaczam wyjątki. "No, co teraz robi wasz Bóg? Czy może śpi, że nie wie i nie widzi jakie okropności dzieją się na świecie? Widocznie nie dba o tych, których ma być ojcem, kiedy obojętnym jest na cierpienia? Ziemia tonie w krwi ludzkiej, a Bóg spokojnie siedzi w niebie, nieczuły na jęki, płacze, błagania i modlitwy!" Nie przytaczam więcej, ponieważ pełno bluźnierstw,   a obawiam się obrazy Boskiej. Zresztą nie chcę być sędzią. Nie zamierzam potępić piszącego. Ciekaw jednak jestem, czy on i jemu podobni, przedtem o Bogu myśleli? Czy przedtem Boga wzywali? Czy przedtem do Boga ręce wyciągali? Czy Bóg im się przypomniał dopiero teraz, kiedy to patrzą na spustoszenie świata? Teraz kiedy widzą, że ludzkość tonie w potopie krwi ludzkiej, ta sama ludzkość, która od pięćdziesięciu lat, oparta na własnym rozumie, wyrywała się z objęć Boga, odsuwając od siebie te dobrotliwe i ojcowskie ramiona, w których znajdowała obronę, opiekę i pomoc. Ta ludzkość, która niejednokrotnie na Boga się oburzała, wołając opryskliwie i złośliwie: "Zostaw mnie samą sobie, bo już sama sobie poradzę!" — Ta ludzkość, która na swej duszy, na swym sercu i na swym rozumie, wywiesiła szyld z tym napisem okrutnym: "Tu wstęp Bogu jest wzbroniony"! Rozumy, serca i dusze ludzkie wyzuły się z Boga! Nie tylko to. Pomiędzy sobą zawarły przymierze przeciw Bogu. Podały sobie ręce i stworzyły jednolity front antyboski. Z czasem, po długim planowaniu, posunęły się do ataku: szkoła, teatr, prasa i radio zaczęły siać ziarna kąkolu. Posunięcia były chytre, sposoby przebiegłe, argumenty dwuznaczne, nierzadko wysoko brzmiące. W rzeczywistości, płytkie, złośliwe i zgubne. Argumenty obracały się wyłącznie około strony materialnej. Rozmyślnie opuszczano dobro duchowe. Ciało stawiano na najwyższym szczeblu. Duszę spychano w dół. Dobrobyt materialny wysuwano na pierwszy stopień. Dobrobyt duchowy zniżono do zera! Zdrowie żołądka zastąpiło zdrowie duszy. Brzuch stał się nie tylko bożkiem,  ale Bogiem samym. Bóg stał się wyrazem pustym, pomiatanym, pogardzanym. Do zmiażdżenia Boga, zaprzągnięto parowozy olbrzymie, o liniach opływowych, mianowicie: wiedzę, postęp, cywilizację. Twierdzono i uczono i udowadniano, że Bóg stoi w drodze i przeszkadza nie tylko, ale owszem jest wrogiem tej trójcy, która miała nie tylko uszczęśliwić, ale zbawić świat cały! Bóg dobry, stwórca mądry i ojciec dobrotliwy, popatrzył na działalność złośliwą narodów i mówił: "Wyście mię opuścili, i jam was zostawił."

KTO WINIEN?

Śmierć, zniszczenie i ruiny padają jak deszcz ognisty i siarczany na Londyn, miasto stołeczne Wielkiej Brytanii. Ludzie umierają na ulicach, w budynkach, w schronach. Dzieci uciekają w przestrachu, szukając bezpiecznego kącika poza miastem i przedmieściami! Wśród całego tego "carnage" każdy musi stanąć i zapytać się: czy w tym wszystkim i przez to wszystko nie daje widzieć się ręka Boga "posuwająca się w sposób tajemniczy, aby działać swe cuda." Olbrzymia bomba czasowa, dwa tysiące funtów zniszczenia i śmierci, z sykiem i gwizdem spada z obłoków. Pada tuż obok katedy św. Pawła. Z powodów nieznanych nie wybucha. Ta tylko! Pułkownik inżynier i czterech pomocników, należących do szwadronu śmierci, bohaterów, których nerwy z żelaza, w których żyłach płynie woda lodowata — dobrowolnie podejmują się wykopania tej maszyny piekielnej i wywiezienia jej w miejsce odludne, gdzie stanie się nieszkodliwa. Zabierają się do roboty. Kopią głęboko, coraz głębiej. Uwijają się jak krety. Kilkanaście stóp w bok od bomby, pęka rura gazowa. Gaz się zapala. Płomienie ogrzewają ziemię około bomby. Wszystko wskazuje, że bomba pęknąć powinna! Że bomba pęknąć musi. Żadna siła ludzka już nie wstrzyma wybuchu. Widocznie Bóg nie chce i Bóg nie pozwala na katastofę. Cudownie, udaje się stłumić płomienie. Wreszcie robotnikom udaje się bombę okopać i podkopać. Już zakładają dźwignie, czyli "derrick". Już rozpoczynają windować w górę. Dwukrotnie bomba już w połowie drogi, wyślizgnęła się z żelaznych szponów dźwigni, i opadła z hałasem na dno jamy. A jednak, ku zdziwieniu robotników, nie eksplodowała! Wreszcie udało się bombę umieścić na ciężarówce. Inżynier oficer rozkazał pomocnikom udać się na spoczynek. Sam chwycił za koło ciężarówki i pod kierownictwem policji, ostrożnie kierując ciężarówką, przewiózł ten niebezpieczny ładunek przez ulicę i wywiózł na moczary poza miastem. Tu fachowcy angielscy spowodowali wybuch, który wyrwał krater na 50 stóp głębokości i 100 stóp objętości! To nie jest powiastka wymyślona przez jakiegoś poetę drzemiącego albo wymarzona w wyobraźni bujnej jakiegoś pisarza. To fakt który sięga w dziedzinę Opatrzności Boskiej. 

Grad śmierć! Stuka i puka i wali o ulice i budynki miasta, z każdej strony. Tysiące bomb, tony materiału wybuchowego leje na mieszkańców Londynu. A jednak z tych tysięcy, ta jedna padła nieomal przy ścianach katedry św. Pawła była "dud", bo nie eksplodowała i nie dopełniła celu i skutku, na które była przeznaczona. Nie wybuchła wtenczas, kiedy języki ogniste lizały jej kadłub świecący! Nie wybuchła kiedy dwukrotnie wypadła z ramion dźwigni i opadła na dno krateru. Dopiero kiedy sztucznie wyrywano jej kły stalowe, dopiero kiedy leżała w bagnach, pękła z hukiem, rozrywając ziemię tylko! 

Katedra św. Pawła jest symbolem. Nad kopułą katedry jest globus. Nad globusem -krzyż. Pokazuje on, stercząc na wysokościach, pokazuje ludności wlokącej się w cierpieniach, trwodze i strachu, pokazuje ludności wymęczonej, że Bóg jest i że ten Bóg jest wszechmocny i wszechpotężny. Wielki, świecący krzyż sterczący wysoko ponad dachami drapaczy londyńskich. Kto wie, Opatrzność właśnie w tym wypadku nie chciała zwrócić uwagi nie tylko miasta Londynu, nie tylko poddanych Imperium angielskiego, ale
całego świata, że ludzkość powinna i musi powrócić do zasad Bożych, do światła i na drogę nauki Chrystusowej — o których świat cały bez wyjątku nie tylko zapomniał, ale z namysłem porzucił i celowo odrzucił — zanim może przyjść i zapanować pokój i dlatego jakaś niewidzialna ręka mocy Bożej zatrzymała cudownie wybuch narzędzia zniszczenia i przez to wstrzymała zniszczenie symbolu słowa — nauki i mocy Bożej...

Weterani z poprzednich wojen, a szczególnie z wojny światowej byli świadkami podobnych zdarzeń. Oni najlepiej zrozumieją znaczenie takowych. Jakie wrażenie odnieśli oni i mieszkańcy miejscowości takich wypadków. Jak często, szczególnie we Francji i w Belgii widziano świątynie z ziemią zrównane, ale w jakiś sposób, który nie da się wytłumaczyć, figura Chrystusa, krzyż dźwigającego, stała nietknięta, nienaruszona — ocalała.

Nie wiem czy opis powyższy zrobił jakie wrażenie na tych, którzy w gazetach czytali depesze określające wykopywanie i wywiezienie bomby poza miasto. Mnie się zdawało, że każdej chwili bomba pęknie i w sekundzie zniszczy dzieło, nad którym ręce ludzkie pracowały dziesiątki lat, aby okazać Bogu wdzięczność i uwielbienie. Kiedy jednak wsłuchując się w depesze na radio, usłyszałem, że szczęśliwie udało się się bombę wykopać i wywieść, zacząłem wiązać koniec z końcem i pytać się: czy może Opatrzność Boska nie chciała przemówić do nas i wskazać nam wszystkim, że czas, gwałtowny czas powracać do domu Ojca naszego niebieskiego, pod dachem którego jedynie jest zadowolenie, pokój i szczęście! Czy może Bóg chciał nam pokazać, że przewrotność i złość ludzka, że moc, starania i siła ludzka, przedstawiona w owej bombie śmiertelnej i piekielnej, w porównaniu z mocą i siłą Bożą, wyobrażoną przez katedrę św. Pawła, że jest bezsilna, dziecinna, nie szkodliwa! Ja nie wiem. Wiem tylko, że zdarzenie to na mnie ogromne wrażenie zrobiło. Wiem, że wyobraźnia moja pracowała. Wiem, że takie a nie inne myśli biły we mnie, jak taranem, długo i uporczywie. 

Już zaraz słyszę pytania, w czym mamy nawracać do Boga? We wszystkim! W życiu politycznym i w życiu ekonomicznym. Wprowadźmy Boga z powrotem do naszych domów, do naszych szkół. Posadźmy Boga na miejscu Bogu należnym. Nie zamykajmy Boga w piwnicach. Nie wyrzucajmy Boga na strychy! Niech Bóg stanie się osią i biegunem żyć ludzkich. Nie nośmy Boga w kieszonce, ale w umyśle, w sercu, w duszy. Cóż pomoże człowiekowi, jeśli raz w tygodniu, W niedzielę, idzie do kościoła, a przez sześć dni w tygodniu o Bogu zapomina i żyje jak poganin, gwałcąc prawa Boże i tłumacząc się, że w czasach obecnych wszyscy inni tak żyją i tak robią. 

Tarzanie się w kałuży światowego bagna przyniesie jeden skutek tylko — nieszczęście! Jeśli to nieprawda, to czym wytłumaczycie mi, że dziś moce piekielne tańczą na zgliszczach i ruinach gmachów przez wieki budowanych rękoma ludzkimi? Jeśli to nieprawda, to wytłumaczcie mi czemu olbrzymy mocarne, chichoczą z radości widząc, że fundamenty chrześcijańskiej cywilizacji chwieją się i grożą załamaniem? Jeśli to nieprawda, to dla czego ręce zbrodnicze kopią groby narodowe i światowe, aby pogrzebać sprawiedliwość, spokój, dobro, miłość, wolność, szczęście ludzkie. Czy nie czas, czy nie pora, aby życie nasze codzienne, życie całe sprowadzić i zastosować do Tego, do którego wołał Piotr: "Panie, Ty masz słowa żywota; do kogóż pójdziemy?"

Wiem ja dobrze, że słowa moje są nieudolne, słabe, nie przekonywujące. A więc posłuchajcie wywodów polskiej matki. Są to wyrażenia szczere i proste duszy cierpiącej i wierzącej, w liście ze Szczawnicy z dnia 26-go sierpnia, 1940 roku:

"Moje Kochane Dzieci! Za list któryśmy otrzymali serdecznie Bóg zapłać. Myśleliśmy, że już od Was słowa się nie doczekamy, ale Pan Bóg dał, że wszyscy żyjemy zdrowo i bardzo wesoło. Powodzenie mamy bardzo dobre i jak ten rok Pan Bóg nam da przeżyć, to już chyba nigdy nie pomrzemy. Ale niech się dzieje wola Boga. My z matką bardzo słabujemy. Zosia i Julcia w domu, a Rózia w Nowym Targu. Józiu w niewoli w Rosji od początku. Dwa listy nam pisał. Nie dosyć mamy klęski, to jeszcze Pan Bóg zsyła karę na nas, bo cały czas tylko deszcz, grad i do tego na trzy razy powódź. To możecie sobie wyobrazić o naszym położeniu. Ten kto ma pieniądze, to chociaż za drogo, ale może coś gdzieś dostać. Biedny zaś to spycha z dnia na dzień aby żyć. Bracia Janek, Staszek i Wojtek wszyscy Bogu dzięki powrócili. Od Hani Wicek w domu. Tylko lzydorek na robotach w Austrii. Bardzo dużo od nas ludzi pojechało do Austrii na roboty. Sezonu u nas w tym roku nie ma żadnego. Spokój i cisza. Życie nam się uśmiecha, bo inaczej być nie może. Ale wy lepiej wiecie wszystko co jest z nami, jak my, bo wy tam chociaż z gazet możecie wiedzieć. O jak nam trudno żyć tak w niepewnościach, bo ani gazety, ani żadnej wiadomości od swoich. Ale tak Pan Bóg chce i tak musimy żyć, bo sprawiedliwa kara Boża. Było nam za dobrze. Nie umieli ludzie chleba szanować i Boga. Teraz musimy cierpieć. Dzisiaj za kromeczkę chleba, ludzie ubrania się pozbywają, byle tego pożywienia dla swych dzieci dostać chociaż raz w tygodniu. Słoniny wcale nie mamy. O żadnej omaście nie ma mowy. Nasza omasta to grzybki, pietruszka i kapusta. Nic mi nie żal, tylko tych dzieci. Oj, wy moje dzieci w Ameryce szanujcie chleb, bo możliwie, co nie daj Boże, przyjść na Was taki czas, że tak będziecie tego chlebusia pragnąć, jak wiele innych, ale go nie będzie. O Matko Najświętsza miej nas w opiece Swojej i opiekuj się nami! Nasza jedyna pociecha, to tylko modlitwa. Módlcie się i wy za nami, ażeby Pan Bóg miłosierny odwrócił od nas to karanie, bo ludzie coraz gorsi się robią. Nie chcą uznać winy swojej. Przeklinają Boga i wszystko na świecie. Zamiast się modlić i Boga przepraszać za swoje grzechy, to oni jeszcze coraz więcej grzeszą. I jak nam Pan Bóg ma dać dobrze? Pan Bóg chce pokory od ludzi, a nie pychy i hardości. A tu każdy się unosi, jak mu nieco lepiej. Biednym gardzi i poniża go, a nie wie, że my wszyscy równi, bo w końcu tak biedny, jak i bogaty, umierać musi. Boże, Boże nie opuszczaj nas. O Panie Jezu, bądź zawsze z nami. Dziękuję Panu Bogu żeśmy się urodzili katolikami, bo nasza wiara uczy nas, że przez cierpienia zdobywamy niebo. l tą nadzieją żyjemy. Po złym zawsze następuje dobre. Jeszcze raz Was wszystkich ściskamy i całujemy po niezliczone razy. Może ten list, to już ostatni, ale niech będzie co Pan Bóg chce!"

List ten powinien być dosłownie wyryty na pomnikach granitowych i wzniesiony w granicach każdego kraju, aby nam przypominać że ludzie nie powinni, że ludziom nie wolno zapominać o pewnych prawach i prawach Bożych, które oni odrzucili, i których uznać nie chcą, mimo że widza, iż bez tych praw i prawd życie ludzkie zamienia się w podłe niewolnictwo. Zamienia się w bytowanie zwierzęce, w istnienie pełne nienawiści, pogardy, zemsty, cechujące powrót czasów barbarzyńskich. 

Jako dowód podaje wam zdarzenie, które miało miejsce w jednym ze szpitali polskich, przy końcu ubiegłego roku. Nad łóżkiem młodego żołnierza niemieckiego stoi polska pielęgniarka. Pamiętać trzeba, że żołnierz ten karmiony i pojony zasadami wyższości rasy i nienawiści do drugich, wzgardą dla cnót chrześcijańskich doznaje opieki serc chrześcijańskich według nakazu Boskiego, rozmawia z siostra miłosierdzia. Polka stawia choremu takie pytanie: "Czy nie żal ci tej roboty niszczycielskiej, czy nie żal ci tego coś zrobił w Polsce?". Żołnierz popatrzył uważnie na pielęgniarkę i odpowiedział bez najmniejszego wahania: "Siostro, jedynie żal mi, iż muszę ci powiedzieć, że niczego mi nie żal! Niczego nie żałuję!" W oczach tych i takich co znaczy człowiek? Jaką wartość ma życie ludzkie?

Kto winien? Ci, którzy dla własnych celów, brutalnych i materialnych, z dusz ludzkich wyrwali wszystko co Boże, a zasiali to, co stworzyła buta, zarozumiałość i pycha schorzałej wyobraźni ludzkiej. Pewien pisarz francuski znakomicie określił systemy dzisiejszych dyktatorów, kiedy pisał: "Zresztą wywracając, niszcząc i depcąc wszystko, co ludzie mają we czci odbierają oni, strapionym ostatnią pociechę w ich nędzy, możnym i bogatym jedyne wędzidło na ich namiętności; wyrywają z głębi serc wyrzuty z powodu zbrodni, odbierają cnocie nadzieję i jeszcze się chełpią, że są dobroczyńcami ludzkości!".

I jeszcze jeden obrazek. Szczegóły następującego zdarzenia, które uwypuklają zdziczałość obyczajów nowoczesnych hord krzyżackich, które wciąż grożą światu potopem ognia i siarki, słyszałem z ust tułacza polskiego, którego napotkałem w rumuńskim Bukareszcie, a który dziś jest dumnym posiadaczem bombowca angielskiego, gdzieś w Szkocji. Pod Brześciem kołnierze zestrzelili samolot ze złamanym krzyżem. Bombowiec spadł jak ptak przestrzelony. Polacy podskoczyli do rozbitego i zmiażdżonego samolotu. Czy na to aby ubić albo znęcać się nad lotnikiem, który niszczył i mordował mienie i życie ludzkie? Nie! Polak to chrześcijanin, który nigdy nie zdobędzie się na czyny bandytów i barbarzyńców. Polacy wyciągnęli pokaleczonego wroga z rozbitego bombowca i podali mu jedzenie i picie. Krzyżak, zamiast podziękować za miłosierdzie i litość mu okazaną, rzucił hardym wzrokiem na otaczających go kołem i mówił: "Ja przyjechałem aby was mordować, a nie aby jeść z wami!" — Aby nie psuć wrażenia, na tym wypowiedzeniu się reprezentanta zbirów krzyżackich — kończę!