SZOPKA BETLEEMSKA — SZCZĘŚCIE ŚWIATA - pogadanka o. Justyna z 22.12.1940 r.

Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi: 
Wstańcie pasterze, 
Bóg się wam rodzi, 
Czym prędzej się wybierajcie 
Do Betlejem pospieszajcie 
Przywitać Pana.

Poszli, znaleźli Dzieciątko w żłobie 
Z wszystkimi znaki danymi sobie, 
Jako Bogu cześć Mu dali. 
A witając zawołali — z wielkiej radości:

Ach, witaj Zbawco, z dawna żądany!
Cztery tysiące lat wyglądany
Na Ciebie króle, prorocy
Czekali, a Tyś tej nocy 
Nam się objawił!

Dziwna noc. Miła noc. Cudowna noc! Tę noc po raz 1940 świat cały obchodzić będzie za dwa dni! Każdy z upragnieniem oczekuje tej nocy, uczony i prostak, wielki i mały, staruszek i dziecko! W wieczór wigilijny zaś, kiedy na sklepieniach niebieskich ukaże się pierwsza gwiazdka Boża, wyobiaźnia nasza przerzuca nas wszystkich na pola betlejemskie. Przed duszą naszą rozwijają się sceny opisane nam piórami Ewangelistów: Gromadka pastuchów strzegących swych stad przy świetle wspaniałego księżyca, który co chwilę krył swe oblicze za ciężkimi chmurami, które jak czarne wstęgi, przeplatały niebo! Owieczki zbite w kupę, jakby przeczuwając, że coś nadzwyczajnego wisi w powietrzu. W dali widnieją światełka. To Betlejem miasteczko mało znane, dziś przepełnione gośćmi, którzy przybyli tu na rozkaz Cesarza. Odbywa się bowiem spis ludności! Poza miasteczkiem stoi stajenka. Zaledwie stoi. Chyli się ku ziemi, jakby pod ciężarem jakim. Stoi samotna, zaniedbana od lat. W niej żłób z nieociosanych desek. Ku tej szopie kieruje swe kroki dwoje ludzi. Poważny mąż i młoda niewiasta. Daremnie szukali przez kilka godzin gościny na czas swego pobytu w rodzinnym miasteczku. Dla nich nie było miejsca. Na nic prośby, na nic błagania. Wszędzie jedna i ta sama odpowiedź. Odpowiedź krótka i szorstka: nie ma miejsca. I w tym działała Opatrzność, bo tej nocy, miało mieć miejsce zdarzenie — od tysięcy lat przepowiadane. Miał narodzić się Chrystus-Zbawiciel. Miał światu ukazać się Król, nie w chwale i majestacie, ale Król pod postacią Dzieciątka maleńkiego, wątłego i bezradnego. Ten którego świat, oczekiwał i spodziewał się, a za którym ludzkość tak tęskniła, od którego tyle się spodziewała! 

Para podróżnych znalazła mało schronienia w szopie. Lepsze to jednak było od gołego pola. Godziny wieczorne mijały. Zbliżała się północ. Nie tylko ludzie, układali się na spoczynek po dziennej pracy i troskach. Natura sama zasypiała powoli. Jeno gwiazdki mrugały rozradowane i ucieszone, że patrzeć będą na narodziny — swego Stwórcy i Pana. Kto wie czy nie zmrużyły swych oczu ze zdziwienia, że to cudowne zdarzenie miało mieć miejsce w opuszczonej i porzuconej szopie. Księżyc nagle wyjrzał spoza chmur i smugami swych blasków zalał szopę pasterską. W tej samej chwili Anioł Pański stanął nad pastuszkami. Otoczony jasnością wielką, mówił głosem uroczystym: "Nie bójcie się, bo oto opowiadam wam wesele wielkie, które będzie wszystkiemu ludowi, bo się wam dziś narodził Zbawiciel, który jest Chrystus Pan, w mieście Dawidowym."

SZOPKA BETLEJEMSKA — SZCZĘŚCIE ŚWIATA

Poseł niebieski nie skończył jeszcze, kiedy na wstęgach chmur, ukazało się mnóstwo istot niebieskich, a w powietrzu zagrzmiał śpiew miły, kojący: "Chwała na wysokości Bogu — a na ziemi pokój ludziom dobrej woli!". Echo śpiewu uderzyło w ziemię jak grzmoty burzowe, kulały się nad równinami, unosiły się nad lasami, przewalały się nad górami, a uderzając o krańce świata, wznosiły się do sklepień niebieskich. Śpiew anielski wypełnił dotychczasową pustkę pomiędzy niebem a ziemią, i w tej chwili Bóg się zbliży do ludzi i ludzie do Boga. Pastuszkowie zatrwożyli się. Padli na kolana. Zaczęli szeptać do siebie: pójdźmy aż do Betlejem, a oglądajmy to słowo, które się stało, które nam Pan objawił.

I przyszli z pośpiechem i znaleźli Marię i Józefa i niemowlątko położone w żłobie. A ujrzawszy, poznali słowo, które im było powiedziane o tym Dzieciątku. I wrócili się pasterze, wysławiając i chwaląc Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im było powiedziane!" — Dziwna to noc. Miła to noc. Cudowna to noc. Powraca ona do nas, rok rocznie, ze swymi wspomnieniami, przemawia do ludności serdecznie i mocno i rzewliwie. Wtenczas, każdy człowiek odczuwa w sobie jakąś wdzięczność pokorną, za ten dar gwiazdkowy przez niebo światu i ludzkości zesłany, który stał się "życiem, światłem i drogą" wszystkim dobrej woli, którzy w zamęcie czasów i w wirze życia, z oczu nie spuszczają szopki betlejemskiej i tego co ta stajenka wyobraża i uczy.

Pomiędzy legendami, znalazłem następującą opisującą zdarzenie z tej nocy Bożego Narodzenia. Do pastuszków zdążających do Betlejem przyłączył się staruszek. I on chciał zobaczyć ten dziw przez Aniołów ogłoszony. Każdy z pastuszków u stóp żłóbka złożył swój podarunek. Starowina nie miał nic. Żal mu się zrobiło, że w stajence było tak zimno. Wybiegł więc ze stajenki i szukał krzemienia, aby mógł wzniecić ogień, przy płomieniach którego mogłaby się rozgrzać Matka i Nowonarodzone Dziecię, w żłóbku od zimna się trzęsące. Z dala od mieszkań ludzkich w pustym polu spostrzega płomień. Tam spieszy. Ognisko płonęło, dookoła spały białe owieczki, obok czuwał olbrzymi posterz. Brytany wielkie, pilnujące trzody, zerwały się, chciały na staruszka zaszczekać, ale głosu nie wydały, rzuciły się na starca, ale jakby im paszcze skamieniały, kąsać nie mogły i żadnej mu szkody nie wyrządziły. Po białych owcach przeszedł starzec, depcąc je stopą, ale żadna się nie przebudziła. Pasterz nieuczynny rzucił na starowinę kij okuty, ale kij ze świstem przeszył powietrze i zamiast ugodzić prosto w cel padł daleko na ziemię. Na prośbę wniesioną przez starca o trochę żaru i ognia, pasterz olbrzym chętnie zezwolił, wiedząc, że obcy nie będzie mógł z pozwolenia korzystać, bo głowni większych nie było, ani naczynia, w którym by można węgle unieść ze sobą. Ale starzec wybrał rękami co największe węgle, włożył je w poły płaszcza — a one nie parzyły mu rąk, nie paliły odzieży.

- Co to za dziwna noc — mówił pasterz zdumiony — gdyż psy nie gryzą obcego, owce nie budzą się, choć po nich stąpa, kij uderzyć go nie chce, a ogień nie parzy? — I poszedł z tym niezwykłym starcem i wkrótce się przekonał, że nie miał on nawet chaty, że uboga Matka i Dziecię w walącej się szopie znajdowały się. Zimno i wilgoć. A choć twardego i nielitościwego był serca, wzruszył się na widok takiej nędzy i ofiarował tej tajemniczej rodzinie miękką, białą skórkę jagnięcą, aby otulić w nią biedne Niemowlę. Ale zaledwie spełnił ten czyn miłosierny, gdy otwarły się oczy jego i ujrzał, czego dotąd nie widział, usłyszał, czego dotąd nie słyszał. Ujrzał dokoła roje skrzydlatych Aniołów. Pełna ich była stajenka, w której promieniało światło, a wszystkie grały na srebrzystych lutniach i śpiewały cudną pieśń o Zbawicielu, który właśnie narodził się tej nocy, ażeby zbawić ludzi. Wtedy zrozumiał wszystko: dobroć zwierząt — dobroć rzeczy martwych, radość wszelkiego stworzenia na świecie. 

Śliczna legenda. Śliczna i mila bo przedstawiająca światu nową epokę, miłości i pokoju i dobroci, do wtenczas zupełnie ludzkości nieznanych. Zrozumiał że w stajence pod postacią niemowlątka, kryje się źródło miłości, ofiary i poświęcenia. Zgiął kolana, uchylił czoła, złożył ręce i długo patrzał w oczy Dzieciny Boskiej. Wreszcie powstał i wyszedł ze stajenki. Ale nie był to ten sam, który z ciekawości przyszedł do stajenki. Wyszedł zmieniony. Łagodny i miękki. Spokojny i cierpliwy. Twarz jego zgubiła wyraz twardy i surowy. Dobrotliwość i wyrozumiałość zajęły ich miejsce. Z uśmiechem na ustach powracał do swego zajęcia". 

Idźmy i my do stajenki. Idźmy wszyscy bez wyjątku. Wierzący i niewierzący. Idźmy wszyscy, od starców do dzieci, do szopy nad którą, w tę noc wigilijną, ukazało się światło, zwiastujące narodzenie przedwiecznego Słowa, a z tym Słowem panowanie nowego prawa miłości, sprawiedliwości i prawdy! Idźmy do stajenki, bo iść się opłaci. Tam, znajdziemy świątynię, szkołę i ambonę. Tam usłyszymy taką naukę prostą i serdeczną i rzewliwą, że jeśli już nie znikną, to przynajmniej zmaleją trudności i ciężary życiowe, a przed nami otworzy się przyszłość spokojna, pogodna i zadowolona. Na nas i na życie nasze padną promienie jasności niebiańskiej. Oświecą umysły nasze, rozgrzeją serca nasze i ożywią dusze nasze. Warto iść do stajenki, wstąpić w jej niskie i ubożuchne progi. Na sianku, leży mocarz, który opuścił podwoje nieba i przyszedł do znękanej i zmęczonej ludzkości. Przyszedł pod postacią maleńkiej, niewinne], niemocnej dzieciny. Ten maleńki Chrystus, chociaż tak słaby i bezradny, już w tej chwili zdaje się, że otwiera swe usteczka i mówi głosem miłym i łagodnym: "Błogosławieni ubodzy duchem; albowiem ich jest królestwo niebieskie. Błogosławieni cisi: albowiem oni posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy plączą; albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni; albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca: albowiem oni Boga oglądają. Błogosławieni pokój czyniący; albowiem nazwani będą synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości; albowiem ich jest królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć będą i prześladować was będą i mówić wszystko złe przeciwko wam kłamiąc, dla mnie. Radujcie się i weselcie się; albowiem zapłata wasza obfita jest w niebiesiech". 

Jak krótka, jak wspaniała jest nauka Dzieciny w żłóbku spoczywającej. Nauka Wiary, Nadziei i Miłości! Nauka, dziś nie tylko zapomniana, ale sponiewierana, odrzucona, znienawidzona i zwalczana! Klęcząc przy żłóbku, oderwij myśli twoje od trosk życia codziennego; wznieś duszę ponad brudy, naleciałości długoletniego bojowania i myślami sięgnij do lat twego dzieciństwa, kiedyś to przy kolanach matki zacnej, spędzał chwile miłe, szczęśliwe. Wracaj do lat twej młodości, kiedy to patrzyłeś w przyszłość z wiarą głęboką i nadzieją niezłomną. A dziś? Powtarzam to pytanie: "A dziś?". Skąd i dlaczego ta i taka zmiana? Nauka ze żłóbka, dziś jest ta sama, jaką była wówczas. Jest tak trwała, tak niezmienna, jak Bóg sam. Ludzie jednak skariacieli i skarłowacieli. Szczytna nauka, która z Chrystusem się zrodziła, po dziewiętnastu wiekach burz i prześladowań, jest tak świeża i orzeźwiająca jak wtenczas, kiedy to chóry anielskie nuciły: "Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli!"

Dziecina Jezus, pierwsza, ludzkości przyniosła prawdziwy Nowy Ład i Nowy Porządek na zasadach miłości Boga i miłości bliźniego. Nowy Ład Dzieciny Bożej stanął w obronie biednych i maluczkich, do wtenczas znienawidzonych i pogardzanych: nakazała winy przebaczać i nieprzyjaciołom dobrem za złe się odpłacać; zakazała kamieniami potępienia rzucać w grzeszących i winowajców; nauczała odważnie patrzeć na życie, wytrwale nieść jarzmo życiowe, nie obawiać się tych, którzy mogą ciało zabić, ale duszy trącić nie mogą; nauczyła że ubóstwo, to cnota; że łagodność, miłosierdzie i litość to cechy Boskie, a nie żadne słabostki ludzkie; obiecywała, że wszyscy ci, którzy zastosują swoje życie do ustaw i wedle przepisów tego Nowego Ładu Chrystusowego, staną się światłem świata i solą ziemi! Tak samo dziś, jak w dzień swego narodzenia woła i zaprasza: "Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie i jesteście obciążeni, a Ja was ochłodzę. Weźmijcie jarzmo moje na się, a uczcie się ode mnie żem jest cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpoczynek duszom waszym. Albowiem jarzmo moje wdzięczne jest, a brzemię moje lekkie." Nowy Ład Chrystusowy mógłby, jak miał, odnowić oblicze ziemi i stworzyć nowy świat; świat, porozumienia, zgody, wzajemnego poważania; świat, bez krzywd, bez skrajnej biedy, bez niesprawiedliwości; świat, jedności Chrystusowej — równości Chrystusowej — braterstwa Chrystusowego.

Powracam teraz do legendy. Olbrzym niemiłosierny, twardego serca, po długim rozmyślaniu, wreszcie zrozumiał, że w stajence betlejemskiej ukrywało się źródło miłości, ofiary, poświęcenia. Zgiął kolana, uchylił czoła, złożył ręce. W końcu powstał i wyszedł ze stajenki. Wyszedł zmieniony. Łagodny i miękki. Twarz jego zgubiła wygląd twardy i surowy. Dobrotliwość i wyrozumiałość zajęły ich miejsce. Wyszedł zmieniony. Z uśmiechem na ustach powracał do swego szarego, dziennego zajęcia.

Czy możemy, czy powinniśmy niemniej uczynić? Trzeba nam stać się nowymi ludźmi, odrodzić się. Trzeba "nam wszystkim zebrać się jakoby jeden mąż i człowiek jeden, z jednym sercem, z jedną radą!" Kończę słowami Ks. Biskupa Bandurskiego: "A choć smutno i krwawo po Bożym świecie, a smutniej po naszej Ziemicy Lechickiej, Dziecię Jezus zawsze to samo, pełne miłości i współczucia spogląda na biedne, stroskane swe dzieci, wyciąga swe dłonie i woła: Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie i obciążeni jesteście troską i bólem, a Ja Was pokrzepię! Kto kocha Jezusa, rozumie głos Boży i pojmuje, że skoro Syn Boży cierpiał niedole i nędze i nosił na swym ciele rany, wyznawcom Jego i sługom przystało z cierpliwością nieść swój Krzyż za Nim, a nawet się chlubić z uczestnictwa w Jego trudach i męce. Wierzmy gorąco, że tylko ci, co z Bogiem zjednoczeni, silni i mężni, zwycięzcy i niepokonani wytrwają i nie dadzą się złamać wśród światowej burzy!" — Do gorących słów Biskupa pisanych w roku 1914, dorzucam taką myśl: odnowieni w duchu, śpiewajmy "Chwała na wysokościach Bogu". Wtenczas chóry anielskie nam odśpiewają: "A wam ludziom dobrej woli — pokój! Pokój, na ziemi!"